wtorek, 18 sierpnia 2015

Rozdział 27

*Tony*


Sala medyczna w Stark International znajdowała się w podziemiach.  Dostać się do niej można było tylko i wyłącznie windą lub specjalnym tunelem, który był wyjściem awaryjnym w razie niespodziewanego niebezpieczeństwa. Dostałem się tam, nawet nie wiem dokładnie którym przejściem i jak długo ta przeprawa trwała. Znowu zemdlałem. Po raz kolejny nie posłuchałem ostrzegawczych znaków doktora Jensena, który o mnie i całym moim ciele wiedział praktycznie wszystko. No, poza jednym faktem... Że jestem Iron Manem.

Kilka tygodni wcześniej...

Wąski, długi korytarz, a na jego końcu niebieskie światło. Czyli znak rozpoznawczy gabinetu Jensena. Schowałem zbroję do plecaka i wyprostowany poszedłem przed siebie.

- Doktorze?

- Oh, młody Stark, witaj chłopcze!

- Dzień dobry.

- Cóż cię do mnie sprowadza? Chcesz popatrzeć, jak pracuję?

- Oh, nie. Tylko nie to. - Rozesmialem się.

- A więc?

- Coś nie tak z moim rozrusznikiem.  Od kilku dni jestem słaby, szybko się męczę i nie mam na nic ochoty.

Mimo to wciąż walczę w zbroi i mało śpię. - pomyślałem.

- To bardzo źle. Połóż się proszę tutaj. - Wskazał na łóżko z białą szatą.
Zamknąłem oczy. Poczułem tylko nieprzyjemne ukłucie, co było spowodowane podłączeniem jakiegoś kabla do implantu. Potem jeszcze wenflon.

W czasie badania słyszałem tylko pomruki i wzdychanie Jensena, który z pełną uwagą przeglądał wyniki badań, które zapisane były na co chwilę drukujących się kartkach. Zaglądał również w stronę monitora, gdzie dziwne wykresy opisywały moje tętno.

W końcu, po kilkunastu minutach doktor ściągnął okulary i zwrócił się do mnie ze skwaszoną miną.

- Jesteś zbyt przemęczony, a i tak jesteś w ciągłym wysiłku. Rozrusznik jest zmęczony ciągłą szybką 
pracą. Musisz ją siebie uważać, w innym razie będzie z tobą źle.

- Ja nie... Nie mogę.

- A dlaczego? Czy chcesz mi o czymś powiedzieć? - Uniósł jedną brew.

- Ja... Nie. Nic nie mam Panu do przekazania.

- W porządku. Tylko uważaj na siebie.

Teraźniejszość...

Kiedy obudziłem się, dostrzegłem Pepper i Rhodey'ego, którzy spoglądali na mnie z niewielkim uśmiechem.

- Jak się czujesz? - Spytała dziewczyna, glaszczac moją dłoń.

- Jakby mnie czołg przejechał. - Odparłem z prawdą. Głowa pękała mi z bólu.

- Melody się obudziła. - Rzekł Rhodey, ale jego ton był dość dziwny. Nie miałem jednak ochoty rozpatrywać, co go ugryzło.

- Gdzie jest?

- W swojej sali. Właśnie je, ale z jej apetytem... - Pokręciła głową Pep.

- Chcę do niej iść.

- Oszalałeś?!

- Albo mnie tam zawieziecie, albo sam sobie jakoś poradzę. Mogę nawet się czołgać do tej sali.

- Dobra, już dobra!

Moi przyjaciele zaprowadzili mnie do dziewczyny. Kiedy znalazłem się w środku, nie sali, nie mogłem oderwać od niej wzroku. Jej twarz nie była taka blada; dostała kolorów i na wpół leżąco zajadała jakąś potrawę. Chyba zupę.

- Mel? - Pojechałem do niej sam, ponieważ moi przyjaciele zostali na korytarzu, dając mi trochę prywatności.

- Tony?

- Cześć, kocha... Hej.

Dziewczyna Uśmiechnęła się na te niedokończone słowa, wiedziała, co chcę powiedzieć. Poklepała miejsce obok siebie i posunęła się nieco. Usiadłem obok niej.

- Jak się czujesz? - Spytaliśmy w tym samym czasie.

- Ty pierwsza.

- Ze mną już lepiej.

- To dobrze. U mnie też już... W porządku.

- Co ci się w ogóle stało? I jak się znalazłam tutaj? Pamiętam, że Iron Man był w jakiejś siedzibie tego Ducha, czy gdziekolwiek...

- Myślę, że to on cię tutaj przyniósł. - Potarłem kark dłonią.

- Chciałabym mu bardzo za to podziękować. Uratował mi życie.

- Myślę, że nie raz jeszcze będziesz miała taką okazję. - Puściłem jej oko i złapałem za jej dłoń, następnie  splotłem ją ze swoją.

- Tęskniłem za tobą i martwiłem się.

- Ja też. - Uśmiechnęła się szeroko. - Ja też...

Póki co doktor Jensen pozwolił mi wrócić do domu, ale pod warunkiem, że mój ojciec będzie miał na mnie oko i zareaguje natychmiast w razie konieczności. Nie odpowiadał mi tej pomysł; nadal nie mogę uwierzyć w to, co zrobił mi ojciec lata temu, a co ma skutki do dnia dzisiejszego. Gdyby nie rozrusznik, nawet zbroja Iron Mana wyglądałaby inaczej. W każdym razie ostatecznie musiałem się zgodzić, bo nie wytrzymałbym ani chwili dłużej w normalnym szpitalu, do którego mnie odwieziono po szczegółowych badaniach w Stark International.

Żałowałem tylko jednego. Melody. Dziewczyna musiała pozostać jeszcze na obserwacji prsez kilka dni. Chciałem już mieć ją przy sobie, zapewnić jej stu procentową ochronę, jednak już bez zbroi.
Chciałbym jej wyjawić prawdę, ale.boję się reakcji. Ludzie różnie reagują, w jej przypadku może to skończyć się źle. Lepiej żeby nie wiedziała. Chociaż tak bardzo bym chciał być z nią szczery...

~*~

- Potrzebujesz czegoś? Dobrze się czujesz? - Dopytywał mój ojciec. W końcu, po kilku tygodniach zaczął się mną interesować. Tak to latał w tę i z powrotem, z firmy do domu i z domu do firmy. Naprawdę zaczyna mi być żal tego człowieka. Niepotrzebnie udaje, że nic jie zaszło, na marne chce odbudować nasze relacje.

Było dobrze.

Było.

Był moment, że mogliśmy się gdzieś wybrać razem, jak za dawnych, moich dziecięcych lat. Wtedy był dla mnie taki opiekuńczy, urabiał sobie ręce przy mnie, był dla mnie ojcem i matką jednocześnie. 

A teraz?

Nie ma Tony'ego, jest Stark International.

- Tony...

- Daj mi spokój! - Wrzasnąłem, jedną ręką lekko go popychając.

- Uspokoj się, tylko martwi mnie twój stan.

- Lepiej idź do firmy. Zapewne cię potrzebują.

- Nigdzie się nie wybieram.

- Ah tak? To w takim razie ja wychodzę. Nie mam ochoty przebywać w twoim towarzystwie.

- Co ci znowu odbiło? Jeżeli tak bardzo Ci przeszkadzam, możesz iść do siebie, na górę, ale wiedz, że i tak wejdę do twojego pokoju, kiedy zechce. Muszę cię kontrolować.

- Nic nie musisz, nic! - Powolnym krokiem wszedłem po schodach i trzasnąłem drzwiami. Miałem już tego dość.

Miałem dość jego i tej całej udawanej relacji ojciec-syn. Miałem dość tej jego fałszywości. Kłamał przez tyle lat i wciąż to robi.

środa, 29 lipca 2015

Rozdział 26

 "Sekret, który nie jest sekretem cz. I"



- Tony? Tony, obudź się! - Ktoś potrząsnął moim ciałem.

- C-Co?- Ocknąłem się.

- Zemdlałeś. Co z tobą stary?

- Ja nie... nie wiem.

- Dobrze się czujesz? Tony?

Obraz wciąż miałem rozmazany. Przetarłem kilka razy powieki, zamrugałem, ale to i tak nie dało zamierzonego efektu. Nadal czułem się źle, bardzo źle... Miałem wrażenie, że zaraz...

- O fuu!

- Coś jest z nim nie tak! - Usłyszałem kobiecy głos. A właściwie, to nieco skrzekliwy, wysoki głos...

- Pepper, zawołaj lekarza!

- Ty to zrób!

- Pepper!

- Nie wrzeszcz na mnie Rhodey!

- On tu ciągle wymiotuje, zawołaj kogoś do jasnej cholery!

- Dobra, już dobra!

- Tony? Tony, słyszysz mnie? Chłopie...

*Rhodey*

Anthony wymiotował jeszcze przez chwilę, po czym znowu zemdlał. Zanim Pepper sprowadziła lekarza do sali, w której się obaj wraz z Melody znajdowaliśmy, zdążyłem ułożyć głowę Tony'ego na swoich kolanach i delikatnie rozczesywać jego dawno niestrzyżone, czarne włosy. 

Po tym, jak mój przyjaciel się zachowywał, po tym, co przed chwilą się stało i, jak przybyłem do szpitala zobaczyć, co u Melody i znalazłem go nieprzytomnego... Wiedziałem, że coś jest nie tak. 

Nagle do sali wpadła Pepper, a za nim lekarz w białym fartuchu. 

- Połóż go tutaj.

Kiedy doktor wskazał na wielkie łóżko za sobą, które zostało przywiezione przez dwie pielęgniarki, dopiero teraz spostrzegłem, że znalazło się miejsce, gdzie mógłbym ułożyć Tony'ego. Położyłem chłopaka na łóżko i wraz z rudowłosą odsunęliśmy się pod okno, obok Melody.

Lekarz przebadał Anthony'ego, który w międzyczasie znów odzyskał przytomność.

Kiedy starszy facet, swoją drogą w okolicach sześćdziesiątki, zaczął badać klatkę piersiową, obrócił się w naszą stronę i stwierdził z przejęciem.

- To przez "to coś". - Wskazał na rozrusznik.

- Pepper, dzwoń do ojca Tony'ego i poinformuj go o wszystkich, niech szybko się tu zjawi z jakimś specjalistą.

Dziewczyna szybko wykonała polecenie. Po jej szybkich czynnościach zdałem sobie sprawę, jak bardzo boi się o Tony'ego. Chwilowy zastój i wyznaczanie jej poleceń było spowodowane szokiem ze strony dziewczyny. Czasem miałem wrażenie, że to nie Melody, a Pepper powinna być z Tony'm.
I bardzo jej kibicuję... od pewnego czasu.

Po dłuższej chwili w szpitalu zjawili się Howard Stark i jakiś doktor ze Stark International, którego po raz pierwszy widziałem na oczy. Być może był nowy w firmie. Mężczyzna podszedł do Tony'ego i dotknął jego czoła.

- Ma gorączkę. - Zmarszczył czoło.

- Jakie objawy mu towarzyszą? - Zwrócił się do mnie.

- Utrata przytomności, gorączka i wymioty.

- Właśnie widzę. - Skrzywił się, widząc na pościeli Melody plamę. - Niech ktoś to sprzątnie, w takich warunkach nie da się pracować!

Po chwili zjawiły się jeszcze inne dwie pielęgniarki. Zmieniły pościel i wyszły. Zajęło im to niespełna pięć minut.

W końcu siwy, brodaty i nieco zgarbiony doktorek z okularami wyprosił nas wszystkich z pomieszczenia. W środku został tylko on sam, Tony i Melody. Nawet Howard Stark zmuszony był zostawić syna, który nie pałał do niego wielką sympatią. Wciąż to widziałem.
Wraz z Pepper usiedliśmy na białych, plastikowych krzesłach na korytarzu. Tylko pan Stark chodził w tę i z powrotem z rękami z tyłu. Bardzo się przejmował Tony'm, tak jak my wszyscy zresztą.

- Jak to się stało? Przecież było wszystko dobrze. - Zagadywał.
 
- Panie Howard, my... Sami nie wiemy. - Westchnęła Pepper. 
 
- Ponoć to coś z rozrusznikiem. - Odezwałem się.
 
- Mam nadzieję, że to nic poważnego. Jeszcze tego mi brakuje. Kolejnych problemów.
 
- Coś się dzieje w firmie? - Spytała Pepper.

- Nie wasza sprawa dzieciaki.

Po chwili jednak wziął kilka głębszych oddechów i dodał:

- Przepraszam. Po prostu mamy częste włamania do systemów i boję się, że ktoś może wykraść mi dane.

- A co z zabezpieczeniami?

- Trudno złamać hasła, ale widać ktoś posługuje się większą technologią od naszej.

Po chwili doktor wyszedł z sali, poprawił kołnierz od fartucha i rzekł bardzo poważnym głosem:

- Jak najszybciej trzeba przetransportować Tony'ego do Stark International, do naszych specjalistów.

- Co z nim? - Howard zbladł widząc minę doktora i słysząc jego ton.

- To bardzo poważna sprawa. Nie umiem stwierdzić, czy zagraża to jego życiu. Sam nie dam rady. Potrzebna jest seria badań.

- W porządku. Czy mogę go zabrać samochodem?

- Nie jest zdolny, by sam sie poruszać, jest strasznie słaby. Tylko z czyjąś pomocą dojdzie do auta.

- Pomożecie mi? - Zwrócił się do nas pan Stark.

- Oczywiscie! - Rzekliśmy chórem i weszliśmy z powrotem do sali.
 
 



poniedziałek, 27 lipca 2015

Rozdział 25

Zabrałem Melody do szpitala. To jedyne miejsce, gdzie ktoś mógł się nią dobrze zaopiekować, głównie chodzi mi tu o opiekę medyczną. Poprosiłem lekarzy, aby zadzwonili do mnie i poinformowali o stanie jej zdrowia, kiedy wykonają wszystkie potrzebne badania. Zgodzili się bez wahania.

Prosto ze szpitala udałem się do zbrojowni. Musiałem namierzyć Ducha i raz jeszcze wymierzyć mu sprawiedliwość. Byłem tak naładowany gniewem, jak nigdy. Wiem, że i tak już oberwał, ale nie mogłem przestać. Miałem ochotę rozwalić wszystko dookoła, ale głównie łeb tej gadziny.

Kiedy dotarłem do zbrojowni, spotkałem Rhody'ego. Mój kumpel właśnie pracował przy ogromnym komputerze, przeglądając wszystkie wyskakujące wiadomości. Przestawiały one zamieszki na głównych ulicach Nowego Jorku.

- Co tam się dzieje? - Podniosłem głos.

- Tony! - Dzwoniłem do ciebie, dlaczego nie odbierałeś?

- Nie mam telefonu. - Syknąłem.

- Okey, okey, ale dzwoniłem poprzez zbroję. Coś się stało?

- Nie twój interes!

- Wyluzuj, stary!

- Odwal się!

- Coś nie tak z Melody?

- Zamknij się! - Podszedłem bliżej do Rhodey'ego. Wzdrygnął się, kiedy byłem już wystarczająco blisko i uniosłem dłoń z zaciśniętą pięścią.

- Tony...

Oddychałem szybko i głęboko. Już miałem wymierzyć z pięści prosto w nos chłopaka, kiedy się powstrzymałem.

- Rhods, ja...

James odchylił się nieco, po czym nie wiadomo jak, znalazł się tuż za mną. Złapał mnie za łokcie i odgiął ręce do tyłu, mocno trzymając jedną dłonią za moje oba nadgarstki. Drugą ręką cisnął w mój kark, przez co zgiąłem się w pół, a moja głowa zderzyła się z kontrolerem pod komputerem. Cała sytuacja była podobna do tej, jak policja obezwładnia jakiegoś bandytę.

- Rhodey!

- Co ci odwaliło Stark?! Rzucasz się na najlepszego przyjaciela z pięściami?! Co ja ci takiego zrobiłem?!

Chłopak cisnął mną jeszcze bardziej, przez co czułem, jak mój policzek dosłownie wgniata się w klawisze. To naprawdę bolało.

- Przepraszam! - Wykrzyczałem. I podziałało. Rhods puścił mnie i oddalił na bezpieczną odległość.

Oparłem się rękami o kontroler i próbowałem złapać oddech, przy okazji uspokoić się.

- To wszystko przez niego! Duch ją porwał!

- Melody?!

- Tak! Uwolniłem ją, ale... Co, jeśli ona mnie rozpoznała? Co, jeśli wie, że Tony Stark to Iron Man?

Rhodey otworzył buzię ze zdziwienia, a jego źrenice rozszerzyły się.

- To najmniejszy problem. - Machnął ręką.

- Wątpię.

- A ja jednak uważam, że mam rację. Spójrz na to z tej strony: BĘDZIE DZIEWCZYNĄ BOHATERA.

- Odwal się.

- No co?

- Ty nic nie rozumiesz? Jeżeli ktokolwiek dowie się o mojej tożsamości, sprowadzę na nią niebezpieczeństwo.

Nagle w zbrojowni rozległ się alarm. Komputer wyświetlił wiadomość, która została nam wysłana.

- To Pepper!

Chłopaki! Gdzie jesteście?!

Pepper?

Jestem obok Akademii Jutra. Coś się tutaj dzieje, mój tata tutaj jest, ale nie chce mi o niczym powiedzieć.

Pepper, to coś poważnego?

Nie wiem!

Pepper!

Pepper!

Pepper!

...

- Dlaczego ona zawsze zawraca nam gitarę? - Pokręciłem głową z rozbawienia.

- Może dlatego, że ma taki charakter?

- Dobra, stary... Ja polecę teraz do szpitala, zobaczyć, co u Melody.

- Spoko, tylko...  Uważaj na siebie. I zadzwoń, co u niej.

- Dzięki, stary.

~*~

Pielęgniarka pokierowała mną prosto do pojedynczej sali, gdzie leżała Melody. Kiedy zjawiłem się w pomieszczeniu, wziąłem mały stołek i usiadłem zaraz przy łóżku dziewczyny. Dotknąłem jej dłoni, maleńkiej dłoni, która była zimna. Jej twarz była blada...

Nagle usłyszałem huk.

A potem tylko ciemność...



__________

Kolejny rozdział niebawem Xx.



 

 





sobota, 14 lutego 2015

Rozdział 24

 Rozdział 24: "Na ratunek! cz. 3"
(po aktualizacji)



Miejsce, na które przybył Tony trochę go zaskoczyło. Z początku myślał, że jego komputer się pomylił, bowiem sygnał dochodził... z czegoś, co znajdowało się głęboko pod powierzchnią wody wielkiego jeziora.

Stark nie mógł w obecnej zbroi nawet zbliżyć się do wody, ponieważ była to zbroja maskująca, która (łagodnie mówiąc) nie przepadała za wodą, by nie utracić swojej podstawowej funkcji maskowania. Tony zdenerwował się sam na siebie, że wcześniej nie przemyślał, gdzie może skrywać się Melody. Nie był na to przygotowany. Zacisnął pięści i zawrócił z powrotem do zbrojowni.

~*~

Kiedy młodzieniec był już gotowy przybył ponownie na to samo miejsce. Mimo, że miał na sobie wodoodporną zbroję, w której mógł nie tylko pływać do woli, ale i też nie martwić się o zapas tlenu, nabrał powietrza i zanurkował.

Wynurzył się, będąc w łodzi podwodnej.

~*~

Znalazłszy się na pokładzie ujrzał długi, a zarazem wąski korytarz. Przeskanował go dokładnie i zdziwił się jeszcze bardziej, niż wcześniej. Nie było żadnych pułapek! To była dziwna sprawa...

Mimo to Tony postanowił być ostrożny i nie dać się złapać.

~*~

Następnym pomieszczeniem, na które się natknął był kolejny korytarz. Nieróżniący się niczym od poprzedniego, poza jednym istotnym elementem - dziurą w ścianie. Przeszedł przez nią i znalazł się w kolejnym identycznym korytarzu. Miał wrażenie, że albo kręci się w kółko albo jest w labiryncie i wszystko jest do złudzenia takie same!
Na szczęście kolejne pomieszczenie (szczęście? no chyba nie!) nie było kolejnym korytarzem, a ciemną salą. Ciemną, ponieważ panował półmrok i nie za wiele można było dostrzec.

Kiedy zmrużył oczy, dostrzegł w oddali czyjąś sylwetkę.

- Melody! - pomyślał w pierwszym momencie i bez zastanowienia (i zahamowania) podbiegł bliżej.

Nie mylił się. Dziewczyna leżała na jakiś szmatach skrępowana. Jej nogi i ręce były związane grubymi liniami, a usta zaklejone taśmą. Na oczach miała opaskę, zapewne dlatego, by nie mogła rozpoznać sprawcy.

Kilkakrotnie uderzył lekko dziewczynę w twarz, by ta odzyskała przytomność, jednak nic z tego. Tony przeraził się. W takim wypadku potrzebna była natychmiastowa pomoc. A jak to w takich sytuacjach bywa... Duch, jako czarny charakter właśnie się zjawił.

- Witaj Stark! - powitał go z wrednym uśmieszkiem.

Tony, który akurat kucał przy Melody, nie odwrócił się w stronę wroga. Nie miał na to ochoty. Dodatkowo zdenerwował się tym, iż Duch zna jego tożsamość. JAK!?

- Coś tak ucichnął bachorze. - zagadał po raz kolejny. Chciał za wszelką cenę wyprowadzić Tony'ego z równowagi.

- Co jej zrobiłeś!? - wrzasnął Tony.

- No nareszcie się odezwałeś. Już myślałem, że masz jakieś problemy z mową. Chociaż bardziej martwiłbym się o twoje serce. - zakpił.

Chłopak nie wytrzymał. Wymierzył repulsorem prosto w postać. Chybił. Nie był to przemyślany ruch, a spontaniczny. "A może trafię?". TO był zdecydowany błąd.

Duch zniknął. Po chwili pojawił się za Tony'm i szybkim ruchem ręki uderzył go z całej siły. Stark dosłownie poleciał na ścianę. Widocznie wróg korzystał z dodatkowych ulepszeń.

Dziedzic fortuny Starków  podniósł się o własnych siłach. Na szczęście nic poważnego się mu nie stało. Pokręcił głową i ruszył do kontrataku.

Tony'emu było niezwykle trudno wycelować w Ducha, bo ten ciągle przemieszczał się (dosłownie - teleportował).

- Nie odpowiedziałeś mi! Co jej zrobiłeś!? - wrzasnął drugi raz Tony.

- W drodze trochę się szarpała, więc musiałem ją jakoś uspokoić. - zaśmiał się.

- Jeżeli tego nie przeżyje, zabiję cię!

- Wyluzuj młody! Nie zlecono mi zabójstwa.

Tony podleciał do Ducha i przewrócił go. Następnie przycisnął go do podłogi swoim ciężkim pancerzem, kładąc się na niego.

- Kto ci zapłacił!? Gadaj!

- Pomyśl sam. Kto by miał tyle kasy, by wykładać parę milionów za zwykłe porwanie?

- Stane! - krzyknął Stark.

- Otóż to. Zgadłeś za pierwszym razem. Cieszę się. - wrednie się uśmiechnął.

Tony miał dość Ducha i chciał go się pozbyć. Może nie na zawsze, ale miał go już dość. Wystrzelił w niego z unibeam'u. Duch tylko krzyknął z bólu i zemdlał.

Chłopak upewnił się, że Duch jest nieprzytomny. Następnie wziął Melody na ręce i odleciał razem z nią.

3 godziny później...

Duch ocknął się. Wtedy był już pewien, że Iron Man go obezwładnił. Ba! Wymierzył w niego pociskiem, po którym zemdlał. Po chwili usłyszał wibracje w swojej lewej kieszeni. Wyciągnął telefon. 

- I jak tam Melody? - usłyszał niski, gruby głos.

- Uciekli. Oni uciekli Stane!

- CO!? - głos ze słuchawki był tak donośny, że Duch musiał odsunąć urządzenie od ucha na pewną odległość.

- Ty idioto! - usłyszał po chwili. Za nic nie dostaniesz szmalu!

- Zapłać mi Stane albo będziesz miał nieprzyjemności! Nie dam sobie w kaszę dmuchać! Kazałeś mi tylko ją porwać i to zrobiłem!

- Nie mam czasu z tobą gadać. To nie sprawa na telefon. Masz się zjawić w moim biurze! Wtedy wrócimy do tej rozmowy.

- W porządku Stane. Ale pamiętaj... Ze mną nie ma zabawy.

- Ze mną też nie idioto! - rozłączył się.


Nowe informacje tutaj: http://tmnt-sekret.blogspot.com/

niedziela, 8 lutego 2015

Rozdział 23

 "Na ratunek cz.2"



Akademia Jutra, podczas przerwy...


Tony oparty o szafkę przeglądał coś w swoim nowym telefonie - urządzeniu najnowszej generacji Stark International. Chłopak był wyraźnie znudzony. No cóż. Nie ma się co dziwić. W końcu spadkobierca fortuny Starków nie bardzo przepadał za szkołą.

Po chwili podszedł do niego Rhodey i zagadał. Następnie oboje ponownie udali się na lekcje.

Podczas kolejnej przerwy Tony udał się do szafki, by niesamowicie spragniony napić się jakiejś niegazowanej wody. Kiedy zaspokoił pragnienie...

- Anthony Stark? - usłyszał głos za swoimi plecami.

Odwrócił się. Przed nim stała średniego wzrostu kobieta, o brązowych oczach i włosach. Była dość szczupła. Miała na sobie granatowy kombinezon, który był tak obcisły, że podkreślał jej kobiece kształty. Na jej lewej piersi widniało logo jakieś firmy, ale nastolatek za nic w świecie nie mógł sobie przypomnieć, skąd zna ten znak. Dodatkowo lekko się przeraził, gdyż kobieta była... uzbrojona.

- Tak, to ja. - odparł po chwili milczenia.

- Jestem agentka Hill, Maria Hill.

Usłyszawszy imię kobiety, szybko wrócił do wspomnień z udziałem jego matki.
Wytrzeszczył oczy i wpatrywał się w jeden punkt.

- Ej, Stark! Słyszysz mnie!? - pstryknęła mu palcami przed oczami.

- A tak, przepraszam.

- Czy znasz niejaką Melody Grint?

- Tak, chodzi ze mną do klasy.

- A może coś więcej? Two twoja dobra koleżanka, przyjaciółka?

- Dziewczyna.

- W takim razie już wiemy...

- Co wiecie!? Czemu mnie o nia wypytujecie!?

- Spokojnie! Pójdziesz z nami. Dowiesz się wszystkiego na miejscu.

~*~

- Przyprowadziliśmy go.

Mężczyzna odwrócił się w stronę chłopaka i rozłożył ręce.

- Tony! Jak miło cię widzieć!

- Fury!?

- I tak wiem, że się cieszysz na mój widok.

Podszedł do chłopaka i objął go jedną ręką.

- A teraz na poważnie. Kim jest dla ciebie Melody Grint?

- To jego dziewczyna Sir. - wtrąciła się Maria.

- Co z nią!? - wyrwał się z objęcia Tony.

- Została porwana.

Tony zbladł.


Wiedział, że tylko on będzie w stanie ją uratować. Musiał być jednak bardzo ostrożny, by nie poznała jego tożsamości...


- Kto to zrobił!? - wrzasnął.


- Duch. Najprawdopodobniej.


- "Muszę go znaleźć" - pomyślał po czym wybiegł z wieżowca. Miał szczęście, że nie znajdował się na statku, kilkaset metrów nad ziemią.


Fury nie wysłał oddziałów za chłopakiem. Nie miał takiej potrzeby. Podczas ich rozmowy przyczepił do jego koszulki małe urządzenie - pluskwę z kamerą. Wiedział więc, gdzie uda się Stark.


~*~

Tony biegł czym prędzej do zbrojowni. Myślał tylko o jednym - by uratować swoją ukochaną. Nie wiedział jednak, że pakuje się w niezłe bagno...


Ubrał zbroję, po czym podszedł do monitora. Uderzył pięścią w klawisze klawiatury i rozkazał komputerowi namierzyć Ducha.


Kiedy zdobył dane odleciał. Odleciał - wciąż namierzany przez Fury'ego...




Przepraszam za krótki rozdział, ale tak ma być. Kolejna część pojawi się do czwartku tego tygodnia.


Tymczasem na blogu Sekretu powaaaaażnneeee zmiany.


wtorek, 23 grudnia 2014

Rozdział 22

 "Na ratunek!".


3 tygodnie później...

Wraz z Tonym przemierzaliśmy główne ulice. Trzymaliśmy się za ręce. Od urodzin mojego chłopaka (o matko! Nadal nie mogę się przyzwyczaić do tego wyrażenia) minęło wprawdzie kilka tygodni, jednak i tak czułam, że nie jest szczęśliwy. Domyślałam się, że chodziło o temat jego mamy, którego podjął się podczas imprezy urodzinowej.

- Będzie dobrze. - uśmiechnęłam się, jednak Tony tylko westchnął.

- Ty nie wiesz, jak to jest stracić matkę, kiedy...

- Ja za to nie mam ojca.

- No tak, nawet zapomniałem. Co się z nim stało?

- Zostawił nas.

- No widzisz? To nie to samo.

- Oj Anthony...

- Błagam, nie nazywaj mnie tak. Mama mi się przypomina.

- Przepraszam. A wiesz co? Zawsze humor poprawiały ci lody waniliowe. Skusisz się?

- Jakoś nie tym razem.

- Oj no weź! Rozerwij się, odpocznij! Przestań się zamartwiać!

- Dobra, namówiłaś mnie!

- Świetnie! - cmoknęłam go w policzek i zawitaliśmy do najbliższej lodziarni.

~*~

Pozostała część dnia zleciała dość szybko. Mimo, iż w swoim towarzystwie czuliśmy się świetnie, a Tony zażegnał smutki, to i tak wciąż nie nacieszyliśmy się sobą. Nie dzisiejszego dnia.

- To może chodźmy do mnie? Zamówimy pizzę, ostatnio dostałam fajną książkę "Zniszcz ten dziennik".

- To super! Wykonamy wszystkie zadania!

- Jednego wieczora? Nie zdołamy.

- Założymy się?

Tony pociągnął mnie za sobą na parking, gdzie miał zaparkowane Ferrari swojego ojca. Wsiedliśmy do samochodu, po czym z piskiem opon odjechaliśmy do mojego domu.

2 godziny później...

"Zegnij okładkę". 

- Czekaj ja to zrobię. Ty nie masz siły chudzielcu.

- Ha ha ha, bardzo śmieszne. A teraz oddawaj! 

"Na tej stronie napisz swoje motto życiowe, a następnie zamaż je jak najbardziej".

- Co za kretyn wymyślał te zadania?

- Nie wiem. Ale z chęcią dowiem się, jakie motto mają siedemnastoletni geniusze. - wręczyłam mu książkę.

- Yyyyy, ja?

- Nie ja wiesz?

- Ale ja nie mam motta.

- A chociaż wiesz co to jest?

- Wiem. Ale jestem... - i tu się zawahałem. Ona nie wie, że jestem iron Manem?

- No kim jesteś? Bogatym dzieciakiem? Fakt jesteś nim.

- Ehh..

Po dwóch godzinach przebrnęliśmy przez ćwiartkę wyznaczonych nam zadań. Opadaliśmy z sił, mało co nie zasnęliśmy na kanapie. Dodatkowo wymęczyły nas te nasze rozmowy o niczym, wspólne wkurzanie itp. 

- To ja się będę zmywał. 

- Tak wcześnie? - spytałam, jak jakaś głupia. Nie spojrzałam na zegarek, a dochodziła północ.

- Nom, nie jest wcześnie... bynajmniej nie dla mnie.

- Jesteś nocnym markiem. 

- Ty niedługo też nim zostaniesz, jak w tej chwili nie pójdziesz się wykąpać i spać. A właściwie gdzie twoja mama?

- Ma nocną zmianę.

- A jak się czuje? Lepiej jej?

- Bierze leki. Wiesz... póki co jest... no dobrze. Mogło być zawsze gorzej.

- Bądź dobrej myśli. Dobranoc. - wychodząc pocałował mnie w czoło. - Do jutra! - dodał i wyszedł.

Kiedy Tony opuścił dom, zrobiło się tak cicho. Jedynym towarzyszem był przyciszony włączony telewizor. Właśnie leciały jakieś późne wiadomości, powtórki z dzisiejszego dnia.

Nagle usłyszałam kroki. Wyciszyłam telewizor i spytałam donośnym głosem:

- Co, zapomniało się czegoś?

Na raz ktoś zakrył mi usta, zepchnął mnie z kanapy, przez co rąbnęłam kolanem o kant etażerki. Ból natychmiast dał się we znaki. Po chwili tajemnicza postać unieruchomiła mi ręce i szarpiąc się ze mną, w końcu odepchnęła mnie na ścianę i przydusiła do niej. Szepnęła do ucha:

- Nie wierć się tak, jakbyś miała robaki. Jeżeli nie chcesz, by stała ci się krzywda, przestań się stawiać. Inaczej cię uszkodzę, a jesteś dla mnie zbyt ważna. Jednak i ja potrafię wybuchnąć.

Te słowa przeraziły mnie. Dopiero teraz odczułam strach, lęk. Bałam się, że spanikuję i moja sytuacja pogorszy się. Postanowiłam ulec nieznajomemu. Jednak i to było złym pomysłem.

Nagle poczułam ogólny ból głowy. Upadłam. Ogłuszył mnie, po czym wziął na ręce i wyniósł z domu. 

~*~

Rano obudził mnie hałas i to, że ktoś oblał mnie wodą.

- Wstawaj maleńka! - usłyszałam męski głos. Zdawało mi się, że był inny, niż poprzedniego wieczora. Twarzy jednak nie byłam w stanie zobaczyć, bo miałam przepaskę na oczach. Widziałam tylko kontury.

- Ładnie, postarałeś się. Masz tutaj resztę. Póki co, twoja robota skończona. Teraz czekamy na naszego głównego bohatera. - zachrypnięty głos zapadł mi w pamięci.

- Kim jesteś? - spytałam.

- A co cię to małolato obchodzi?

- Zamknij się! - wrzasnął drugi. Tak! To ten, który mnie porwał!

- Nie tak ostro Duchu. 

- Duchu? Czy ja się nie przesłyszałam? - pomyślałam. 

Nagle zadzwonił telefon.

- Cholera, Duchu! Zostawiłeś telefon w jej posiadaniu!? Ty idioto!

Mężczyzna zbliżył się do mnie. Słyszałam jego niespokojny oddech. Zabrał mi komórkę, po czym uderzył z całej siły w brzuch. Z dotychczasowej pozycji klęczącej, upadłam na bok i w miarę możliwości skuliłam się, jak najbardziej potrafiłam.

- Gówniara! - splunął.

- Chwileczkę. To tylko Stark. Albo aż Stark! Zapomnieliśmy o nim! Sprowadź mi go, albo nie dostaniesz ani grosza!

- Co!? Obiecałeś mi kupę szmalu ty łysielcu! - podniósł go.

Chociaż cierpiałam, udało mi się zapamiętać kolejną cechę szczególną. Jeden z nich był łysy.

- Odstaw mnie! To ja tu mam głos!

- Eghh... - odkaszlnął.

- Dopadnę tego dzieciaka jeszcze dzisiaj! - jeden z nich był naprawdę wściekły.

- Pamiętaj tylko, że na wykonanie zadania miałeś określony czas. Niedługo on mija...

Postać nazywana Duchem rozzłościła się jeszcze bardziej. Burknął coś pod nosem, następnie wyszedł z pomieszczenia. Kiedy zamknął drzwi (a raczej nimi trzasnął) rozległo się echo. A więc przestrzeń musi być naprawdę duża i w miarę mało zagospodarowana. 

- A ty... - zwrócił się do mnie ten, który został. - A ty będziesz tu siedzieć, dopóki nie znajdziemy Starka. - i odszedł.

W tamtym momencie poczułam się okropnie. Łzy same cisnęły mi się do oczu. Przez to wszystko, to co działo się tak szybko, nie za bardzo zdawałam sobie tego, co się ze mną dzieje, co może mi się przytrafić. Dopiero teraz zebrałam wszystkie myśli. Zostałam porwana! W jakim celu? W mojej głowie przewijały się tylko najgorsze domniemania. Ale po co im Tony? Ja też go w to wciągnęłam!? - pytałam sama siebie w myślach. W końcu nie wytrzymałam i zaczęłam szlochać.

Na całe szczęście - nikt tego nie usłyszał.

sobota, 6 grudnia 2014

Rozdział 21

"Urodziny"



Już od samego rana byłam zabiegana. Przyjęcie-niespodzianka dla Tony'ego z okazji jego siedemnastych urodzin było nie lada wyzwaniem. Chociaż najgorsze przede mną...

Jakoś udało mi się od kilku tygodni zachować sekret o tym, że Tony otrzyma od nas prezenty i zorganizujemy mu przyjęcie. A dlaczego zorganizujeMY?

Ogółem to wszystko było moim pomysłem i chciałam to zorganizować sama. Zważywszy na fakt, iż mój chłopak trzyma się bardzo tymi zawiłymi relacjami z Rhodey'em i Pepper, postanowiłam i ich włączyć w tę akcję. Dodatkowe ręce do pracy były tu niezbędne. Chociaż co do drugiej wymienionej osoby miałam wątpliwości, czy aby na pewno trzymała język za zębami i nie pisnęła słówka, by zepsuć wszystko i zrobić mi na złość. Kilkakrotnie taka myśl mi przyszła do głowy, jednak głęboko wierzyłam w dobre intencje Pepper. Ona by nie skrzywdziła Tony'ego.

Mniejsza z tym!

Zadzwoniłam po taksówkę, która dość szybko zjawiła się pod moim domem. Taksówkarz zawiózł mnie na drugi koniec miasta, gdzie znajdowała się najlepsza cukiernia w mieście. Tam odebrałam wielkie zamówienie i wróciłam do siebie.

Tort spełniał moje oczekiwania. Mam nadzieję, że i solenizantowi będzie smakował, tak samo jak jego gościom. Szkoda, że na przyjęciu zabraknie pana Howarda, ale ten miał ważne sprawy w Chinach i nie mógł przyjechać wcześniej, niż zaplanował. Mam nadzieję, że mimo tego incydentu, Tony będzie szczęśliwy.

Z ogromnym tortem wróciłam do swojego domu. Kiedy się w nim znalazłam, zadzwoniłam po resztę i zwołałam wszystkich do siebie.
~*~

Po kilkunastu minutach Pepper i James zjawili się u mnie. Pomogli mi z dekoracjami. W pewnym momencie dołączyła też do nas pani Roberta - mama Rhodey'ego, która była niekwestionowaną kucharką. Wiedziała, jak wyprawić komuś urodziny życia. Chociaż Tony te ważniejsze urodziny będzie miał za rok, to i tak nikt nie zabroniłby nam już teraz tak hucznie świętować jego siedemnastki.

W pewnym momencie spojrzałam na zegarek. Dochodziła godzina 13.00. Do rozpoczęcia imprezy pozostały nam więc 4 godziny. Musieliśmy się sprężyć.

- Tony będzie dumny. - zagadała Pepper. Chwila. Nie wścieka się?

- Dzięki... - nie wiedziałam jak się zachować.

- Spoko.

~*~

Nasze przygotowania trwały jeszcze bardzo długo. Powieszenie wszystkich dekoracji: serpentyn, balonów, umiejscowienie wielkiego napisu "Wszystkiego Najlepszego"... ledwo wyrobiliśmy się z czasem. Musiałam jednak przyznać, że pomoc przyjaciół Tony'ego była tutaj nieunikniona...

Godzina 17.00

Wszyscy z niecierpliwieniem wyglądamy przez okna za Tony'm. Zapewne się spóźni, jak to bywa w szkole. 
Nagle śmignęło nam czerwone Ferrari.

- To on! Już tu jest! Idzie tu! Wszyscy na pozycje! - krzyknęła Pepper.

WSZYSTKIEGO NAJLEPSZEGO!

- O mój Boże!

- Sto lat stary!

- Jacie... dzięki wielkie... aż...

- Zaniemówiłeś? - spytałam.

- Nooooo... - zaśmiał się w głos.

- Pomyśl życzenie geniuszu.

Tony stanął przed trzymanym w rękach Rhodey'ego tortem. Wziął głęboki oddech. Zamkną oczy. Chwila milczenia. Dość długa, bo niemal minutę.

Zdmuchnął świeczki.

- No, to teraz powiedz, o czym tak myślałeś.

- Nie mogę zdradzić, bo się nie spełni.

- No weź! Powiedz!

- Eh... chciałbym znów zobaczyć mamę. Bardzo za nią tęsknię.

Te słowa wprawiły wszystkich w osłupienie.

- Tony, ja... - Roberta nie wiedziała, co powiedzieć.

-Tak wiem, to głupie. Zrobiłem z siebie idiotę. Przepraszam. Wiecie co, zjedźcie trochę ciasta, a ja się przewietrzę. - po tym słowach udał się na zewnątrz. Natychmiast za nim poszłam.

~*~

- Tony?

- Yhm.

- Nie przeszkadzam?

- Nie, nie. Ty nigdy. - uśmiechnął się lekko, a po chwili znowu posmutniał.

- Tęsknisz za mamą, co?

- Nawet nie wiesz ile bym oddał, bym mógł ją jeszcze raz zobaczyć. Akurat dzisiaj w nocy miałem o niej sen. Śniły mi się lata mego dzieciństwa, słyszałem jej głos.

Chwyciłam jego rękę i wtuliłam się w niego.

- To nic złego, że za nią tęsknisz.

- Ale i tak to co powiedziałem było głupie.

- Dla mnie nie.

- Ale Pepper, Rhodey'ego i Roberty tak. W ogóle widziałaś, jaka była zmieszana?

- Nie przejmuj się tym.

- Jasne.

- Tony... wejdźmy do środka, świętujmy twoją siedemnastkę i nie zamartwiajmy się. Dziś jest twój dzień i masz być szczęśliwy.

- Masz rację. Nie będę się mazał. Chodźmy! - chwycił mnie za rękę i pociągnął za sobą.

Zanim weszliśmy: - A tak na marginesie. - stanął przede mną. To jestem szczęśliwy. Mam najwspanialszą dziewczynę na świecie. - pocałował moje usta, po czym weszliśmy do środka.

________________________

Strasznie przepraszam za tak długą nieobecność na blogu! Zaglądałam do niego często, jednak rozdziały się nie pojawiały. Dlaczego?

Początkowo było to spowodowane szkołą, potem zajęłam się Sekretem i moje lenistwo... Tak... pomysły na rozdziały mam, nie mam problemu z ich pisaniem, jednak po prostu mi się nie chce. Nie wiem dlaczego.
Uprzedzam jednak - nie porzucam blogowania. To chwilowe (no dobra kilkumiesięczne he he). Obiecuję, że od dzisiaj minimum 1 raz w tygodniu opublikuję kolejne rozdziały IMAA :)

+ wiem rozdział okropny : /



 






niedziela, 12 października 2014

piątek, 10 października 2014

Blogi!

Tutaj podaję spis blogów, na których obecnie bloguję. Zapraszam serdecznie!

silshine.blogspot.com - blog realny, notki codziennie!

tmnt-sekret.blogspot.com - blog z nowymi opowiadaniami. W rolach głównych m.in Wojownicze Żółwie Ninja. Notki 1-2 razy w tygodniu!


poniedziałek, 6 października 2014

Rozdział 20

"Koncert"



Obudziłem się z rana. Słońce, które niedawno wzeszło natychmiast rozświetliło mój pokój swoim jeszcze porannym i niepełnym blaskiem. Bynajmniej nie takim, jaki możemy ujrzeć popołudniami. Taki widok za oknem natychmiast spowodował, iż na mojej twarzy pojawił się szeroki uśmiech. Wstałem z łóżka odruchowo i skierowałem się do obrotowego krzesła, na którego oparciu powieszone wisiały ubrania. Wziąłem je ze sobą, idąc do łazienki.

Kiedy się ubrałem przysiadłem na schodach i oparłem się łokciami o kolana. Patrzyłem przed siebie. Wreszcie czułem spokój... i pustkę. Cieszyłem się wolnością, bo Roberta pozwoliła mi zostać samemu willi, pod warunkiem, że będzie mnie przynajmniej raz na 2 dni sprawdzać. Normalny nastolatek pomyślałby: wolna chata, czas na imprezę! Ale nie... nie ja. Osobiście miewałem poczucie samotności. Było to logiczne, byłem przecież sam w wielkiej willi! Trochę brakowało mi towarzystwa...

Siedząc tak jeszcze przez dłuższą chwilę, doszedłem do wniosku, że nic sam nie zdziałam. Zszedłem na dół do kuchni i przygotowałem sobie szybkie śniadanie na wynos. Następnie ubrałem czarne sportowe szorty, białe Conversy i granatowy t-shirt. Z zapakowanym posiłkiem w ręce opuściłem willę i ruszyłem tam, gdzie mnie nogi poniosły.

~*~

Po drodze zbytnio nie rozglądałem się. Szedłem przed siebie bardziej zdecydowanym krokiem. Już wiedziałem, jaki będzie mój następny przystanek - dom Melody. W czasie przechadzki tak wpadłem na pomysł, by ją gdzieś wyciągnąć, chociaż wczoraj ona była u mnie. Zachowywała się dość dziwnie... hm... może ta ciekawość, co się stało miała wpływ na moją decyzję? Zresztą miałem też dla niej małą niespodziankę...

Po drodze kupiłem mleczną czekoladę, białą kopertę i ozdobną torebeczkę na prezenty z motywem walentynek. Nie byłem tym ostatnim wielce zachwycony, bo do Świętego Walentego ładnych kilka miesięcy, ale na moje jakże wspaniałe szczęście tylko z taką szatą graficzną sprzedawano owe torebki. Kiedy już wszystko kupiłem, przystanąłem na chodniku trochę z boku i zapakowałem wszystko tak, jak to sobie wymyśliłem. Następnie uradowany ruszyłem dalej.

Mijający mnie po drodze ludzie, a w szczególności młode dziewczyny oglądały się za mną. Dwie brunetki, najprawdopodobniej typowe psiapsióły ominąwszy mnie zaczęły mówić jedna do drugiej: "jego dziewczyna ma szczęście, takie to tylko pozazdrościć". Usłyszawszy te słowa obejrzałem się za dziewczynami i uśmiechnąłem się pod nosem. Nie wiedziały, co znajdowało się w torebce, mimo to wyczuły, że niosę to dla wyjątkowej osoby - mojej dziewczyny... Ło ho! Jak to brzmi! Nadal jakoś nie mogłem się przyzwyczaić do tego, że teraz jestem w związku, że Tony Stark jest w końcu zajęty. Dlaczego w końcu? A dlatego, iż w końcu znalazłem odpowiednią dla siebie osobę. Po raz pierwszy poczułem, jak to jest kochać, aniżeli być kochanym przez dziewczyny.

Rozmyślając tak nad tym wszystkim w porę zorientowałem się, że jestem już na miejscu. Gdybym ocknął się chwilę później, musiałbym się wracać.

Stanąłem pod drzwiami wejściowymi. Ostatni raz zerknąłem do wnętrza torebeczki, czy aby na pewno wszystko mam. Upewniłem się też, że koperta się nie pogniotła. Zadowolony zadzwoniłem do drzwi dwa razy i czekałem, aż ktoś mi otworzy.

Po chwili moim oczom ukazała się znajoma mi kobieta. Jej twarz była bladsza i bardziej pomarszczona, niż parę tygodni temu, kiedy ostatni raz ją widziałem. Mimo wszystko starałem zachowywać się w porządku i kulturalnie się przywitałem.

- Dzień dobry Pani Grint.
- Oh witaj Tony. A ty zapewne do mojej córki?
- A jest? Mam dla niej... - zza pleców wyłoniłem torebeczkę.
- Oczywiście, siedzi w pokoju od samego rana. Może w końcu ją wygonisz na świeże powietrze. Taki piękny dziś dzień... - uśmiechnęła się lekko. Wiedziałem jednak, że owy uśmiech był wymuszony, a kobieta chciała odpocząć.
- Nie ma sprawy. - wszedłem do środka i od razu skierowałem się do pokoju dziewczyny. Zapukałem cicho, po czym otworzyłem drzwi. - Gotowa na randkę życia? - wyszczerzyłem zęby i rozchyliłem ręce.
- Tony!? Co ty tutaj robisz!? - rzuciła mi się na szyję. Najwyraźniej cieszyła się na mój widok. Czułem to.
- I co za randka? - szepnęła mi do ucha.
- Zobaczysz. Mam coś dla ciebie. - puściłem ją i podarowałem torebkę.
- A to co?
- Otwórz i się przekonaj.

Melody przysiadła na łóżku i sprawnie rozchyliła torebeczkę. Otwarła ją dość szybko.

- Koperta i czekolada? - zdziwiła się, wyciągając obie rzeczy i kładąc je na swoich kolanach.
- Niezwykła koperta. - przysiadłem obok niej, śledząc wzrokiem jej dalsze poczynania.
- Czy to... O Boże... To niemożliwe! TONY KOCHAM CIĘ! - rzuciła się mu na szyję i mocno ucałowała. - JADĘ NA KONCERT KATY PERRY! - wykrzyczała po chwili.
- Heh, zadowolona?
- I to jeszcze jak żartownisiu!
- No to się szykuj. To już jutro wieczorem.
- Na pewno będę gotowa. Dziękuję raz jeszcze... - przysunęła się do niego i musnęła jego usta.
- To mi się podoba. - zaśmiał się. - A teraz może się gdzieś przejdziemy?
- W zasadzie muszę kupić jakiś fajny strój na jutrzejszy dzień.
- Zakupy!? No proszę cię!
- Oj tylko raz... - pocałowała go ponownie, tym razem popychając go wcześniej, przez co chłopak opadł na łóżko a Melody znalazła się na nim.
- No dobra. Jak będziesz tak częściej robić, to będę się na wszystko zgadzał.
- A więc chodźmy! - migiem wstała i pociągnęła za sobą chłopaka. Szybko udali się do centrum handlowego.

~*~

 - Żałuję, że się zgodziłem. - wyszeptał sam sobie Tony widząc swoją dziewczynę wpadającą do kolejnych sklepów. Miała szukać tylko jednej bluzki... Tymczasem wyszła już z dwiema torbami.

- Naprawdę, ile już tego kupiłaś?

- Oj tam, cicho bądź!

- A chociaż masz tę bluzkę?

- Jeszcze nie.

- To co ty tam kupowałaś!?

- A takie drobiazgi.

- Serio? I zajęło ci to dwie torby!? - skrzyżował ręce na torsie z niezadowolenia.

- Już kończę misiu. - zaśmiała się i weszła do kolejnego sklepu.

Po 15 minutach...

- Koniec! - krzyknęła wychodząc z kolejną reklamówką.


- No to masz już tę bluzkę na koncert, czy się nie doczekamy?

- Mam! Chodźmy do przymierzalni, ocenisz mój wybór. - złapawszy jego rękę pociągnęła go za sobą.

~*~

- Długo jeszcze?... - Tony z nudów stąpał z nogi na nogę.

- Już... i jak?

- Szczerze? Mogłaś wybrać lepszą.

- Dzięki. - skrzyżowała ręce.

- No co? Chciałaś szczerej opinii... Eh kobiety...

- W takim razie nie mam nic innego!

- A te pozostałe torby? - wskazał palcami.

- W tych rzeczach nie pójdę. Nie nadają się. - posmutniała i przysiadła na stojącym w przymierzalni stołku.

- Oj no dobra... kupię ci jakąś imprezową kieckę. Może być?

- Nie musisz...

- Ale chcę.

- Robisz to tylko, by mieć spokój.

- I też dlatego, byś mogła się pokazać przy... a nieważne.

- Tony..?

- Nie nic, nie słuchaj mnie. Za dużo gadam. O patrz, tam jest jakaś ładna! - natychmiast podbiegł do manekina. - Przymierz!

~*~

Zbliżała się godzina 19.00. Stark i Grint byli już pod stadionem piłkarskim, gdzie miał odbyć się koncert. Młody dziedzic firmy przekazał bilety dziewczynie i zniknął gdzieś w tłumie, pozostawiając ją samej sobie. Mądra szesnastolatka natychmiast pognała zająć miejsca, wcześniej zatrzymując się przy kołowrotkach i ochroniarzach, którzy dokładnie przeszukali "ją całą" i jej torebkę. Następnie zasiadła na swoim miejscu. Licząc długość od sceny do ostatnich miejsc, siedziała gdzieś w połowie. Z niecierpliwością wyczekiwała chłopaka, jednocześnie będąc szczęśliwa i pod wielkim wrażeniem.

- Już jestem! - usłyszała głos za swoimi plecami i odwróciła się.

- Gdzieś ty był? - wodziła wzrokiem za Starkiem.

- Miałem eee... mały problem z dostaniem się tutaj.

- No nie dziwię się. Oddałeś mi swój bilet, jak cię przepuścili. Nie mów tylko, że łapówka.

- Nic z tych rzeczy. A jak się czujesz?

- Trochę dziwnie... nadal nie mogę uwierzyć, że tu jestem!

- I to chciałem usłyszeć. - uśmiechnął się i złożył Melody delikatnego całusa na prawym policzku.

Po godzinie...

Cały stadion zamarł. Zrobiło się momentalnie cicho, było widać tylko błyskające się światła u osób robiących zdjęcia. Ten efekt na tak dużym obiekcie wyglądał rewelacyjnie. Tylko dlaczego nikt nie skandował "Katy Perry"? Dlaczego było tak cicho, jak w grobie?

I nagle rozbrzmiał ten głos... Zanim wynurzyła się z wielkiego trójkąta, który rozkładał się (dosłownie!) dało się usłyszeć jej magiczny głos: "Witajcie".

Publiczność zaczęła piszczeć i wykrzykiwać jej pseudonim artystyczny, ja sama to robiłam, chociaż mało co nie ogłuchłam i ochrypłam.

I nagle... Trójkąt otworzył się. Wyłoniła się ONA! W całości! Z kitą pełną maleńkich zaplecionych warkoczyków oraz świecącym strojem! Przywitała się raz jeszcze i zaczęła koncert piosenką "Teenage Dream".

~*~

Nagle tłum uciszył się. Reflektor skierowano na widownię i zatrzymano... na mnie. W telebimach pokazano ujęcie mojej osoby.

- Tony co się dzieje? - Zdążyłam wyszeptać, a fani siedzący najbliżej mnie wpatrywali się we mnie jak w obrazek.

- Niespodzianka. - uśmiechnął się i złapał za rękę.

Szliśmy schodami w dół, potem skręciliśmy w lewo. Moim oczom ukazała się wielka tabliczka "VIP". Tony objął mnie jedną ręką i zaprowadził na zaplecze.

- Pan Stark! - wykrzyczał ochroniarz. - Tędy proszę. - wskazał ręką i uśmiechnął się.

- Skąd oni cię znają? - spytałam nieco zestresowana.

- A no wiesz... Jestem w końcu Tony Stark.


Nagle  znaleźliśmy się pod różowymi drzwiami.



Po chwili...


Wyłoniła się z nich postać. Kobieta w różowej peruce i szlafroku tego samego koloru.

- KATY PERRY!? - Wrzasnęłam i zasłoniłam dłońmi usta.

- Surprise! - zaśmiał się.

- O mój Boże! Mogę ją przytulić? - spytałam, nie odrywając oczu od mojej idolki.

- Oczywiście. - odpowiedziała mi i odchyliła ręce na boki.

Natychmiast się na nią "rzuciłam". Przytuliłam ją do siebie jak najmocniej potrafiłam.

- Może usiądziemy? - zaproponowała i złapawszy mnie za prawą dłoń pociągnęła i usadziła na kanapie. Również różowej... Czy tu wszystko musi być różowe? - spytałam cicho, ale to chyba usłyszała...

- Sceneria do California Gurls. Nawet tutaj. - za kulisami. - odparła.

Potem rozmawiałyśmy jeszcze chwilę. Chciałam, by ten moment trwał wiecznie, ale fani czekali. Katy musiała kontynuować koncert... Pożegnałam się z nią, zrobiłam pamiątkowe zdjęcie i wzięłam autograf. Wróciłam na trybuny.

~*~

Rano obudziłam się z okropnym bólem głowy. Odblokowałam telefon i sprawdziłam godzinę. Dochodziła 10.00 rano. Zerwałam się z łóżka i zajrzałam do torebki wiszącej na oparciu mojego obrotowego krzesła. Przeszukałam ją dokładnie. "Nie ma!" - wrzasnęłam i złapałam się za głowę. Usiadłam na łóżku. Dopiero wtedy uświadomiłam sobie, że to był tylko sen. Za to jaki fantastyczny...



sobota, 4 października 2014

JUTRO NOTKA!

 AKTUALIZACJA NOTKI! PRZECZYTAJ!



 Następna notka w niedzielę. Póki co zapraszam tu: tmnt-sekret.blogspot.com


W kolejnym rozdziale wstawię również parę obiecanych fotek i kilkuminutowy filmik sprzed 2 tygodni. :)



Po aktualizacji: Notka zostanie opublikowana jutro, ze względu na to, że jadę dzisiaj na finałowy mecz na godzinę 19.00, ale muszę wyjechać przynajmniej 2 godziny wcześniej, bo będzie masa ludzi (chyba 16 tys.) Brakuje mi tylko dopisać zakończenie, chociaż wszystko było gotowe, nie zapisało mi się i pół rozdziału musiałam pisać od nowa : /

A teraz to, co pojawi się niebawem:

- Rozdział "Koncert"
- Rozdział "Urodziny"

środa, 24 września 2014

Rozdział 19

Zacząłem kolejno wyciągać z niej różne rzeczy: fotografie, koperty oraz łańcuszki. Przyglądałem się każdemu przedmiotowi z osobna, z wielką uwagą i skupieniem zarazem. Po obejrzeniu wszystkiego, raz jeszcze wziąłem do ręki kopertę, tym razem powoli wysunąłem z niej kartkę i przeczytałem treść.

To były listy mojej matki, do mojego ojca...

Przewertowałem je wszystkie. Treść każdego z listów była podobna, jakby... chwila!...

Sięgnąłem po ostatnią kopertę, która leżała całkiem z boku. Kartka była innego koloru, niż wszystkie pozostałe. Dziwne...

Wcześniejsze treści listów niosły ze sobą głównie słowa: "Tęsknię za Tobą", "Kocham Cię"... jakby od dłuższego czasu się nie widzieli. Zanim przeczytałem ostatni list, wziąłem głęboki oddech i pomyślałem: - "Raz kozie śmierć".

7.10.1997

Drogi Howardzie!

Od dłuższego czasu nie odpisujesz na moje listy, nie odzywasz się, nie dajesz żadnych znaków życia. Czy wszystko w porządku? Wiem, że nasze relacje mogą nie być najlepsze, ale ja się martwię. Jesteś dla mnie jedną z najważniejszych osób w życiu, jedną, bo teraz...

Piszę ten list głównie dlatego, że musisz o czymś wiedzieć. Jestem w ciąży. Dowiedziałam się o tym kilka dni temu. Mam nadzieję, że ze względu na sytuację dasz jakiś znak. Nie chcę zostać samotną matką i wychowywać dziecko bez ojca. Proszę odpisz na mój list, bym wiedziała, co dalej.

Maria.


- O co tu chodzi? - myślałem na głos. Nie mieściło mi się w głowie, że mój ojciec ignorował moją matkę. Ale co dalej? Wreszcie sobie wybaczyli to, na co się tak pogniewali? O ile w ogóle wydarzyło się coś takiego... Niezwykle trudno mi było zrozumieć ten list. Niby treść była prosta, jednak skrywała wiele niewyjaśnionych wątków. Mam nadzieję, że wkrótce dowiem się więcej...

Zrezygnowany posprzątałem wszystkie porozwalane rzeczy, poukładałem w szafkach oraz szafie, by po powrocie ojca nie miał on podejrzeń. Kiedy już kończyłem, rozejrzałem się wokół siebie, czy nic więcej nie zostało. Wtedy u mojej prawej nogi dostrzegłem niewielką fotografię. Była ona trochę wyblakła i tylko pod dobrym oświetleniem udało się rozszyfrować twarze. Widniały na nich dwie sylwetki: kobiety i mężczyzny. Rozpoznałem swoja matkę, ale tego obok...

Postanowiłem, iż to zdjęcie zatrzymam ze sobą. Nic się przecież takiego nie stanie...

Po chwili wziąłem do ręki telefon i zadzwoniłem do Melody. Zaprosiłem ją do siebie.

~*~


Dziewczyna zjawiła się dość szybko. Na dworze lało, więc była trochę przemoczona. Tony natychmiast wpuścił ją do willi i zrobił gorącą czekoladę na rozgrzewkę.

- Ściągnij z siebie przemoczone rzeczy, wysuszę je. - zaproponował.
- Żartujesz!? Nie będę świecić przy tobie w bieliźnie!
- Jak wolisz. - wzruszył ramionami.
- Pod warunkiem, że nie będziesz patrzył! - zagroziła palcem, chociaż tak naprawdę żartowała.
- Nawet nie mam na co. - wybuchnął śmiechem, ale dziewczyna najwyraźniej nie była tym uradowana. Natychmiast minęła chłopaka i pognała do łazienki.

5 minut później...

- Ej, no chyba się nie gniewasz? - pukał ciągle. Nie otrzymał odpowiedzi.
- Melody, no to było na żarty!

Dziewczyna otworzyła drzwi i wyszła na korytarz w bieliźnie, owinięta ręcznikiem. Rzuciła mokre ubrania pod nogi chłopaka.

- Zrób z tym porządek. - rzuciła tylko w jego stronę i zeszła na dół.

Tony podniósł ciuchy i rozłożył je starannie na grzejniku w swoim pokoju, następnie udał się za Melody.

- Złościsz się? - spytał, zasiadając obok szatynki na kanapie. - To był tylko żart.

Bez odpowiedzi.

- Mówię do ciebie... Eh!

Zbliżył się do niej i delikatnie ją pocałował. - A teraz?

- Przecież się nie złościłam. - uśmiechnęła się łobuzersko.
- A więc chciałaś wymusić na mnie, żebym cie cmoknął!
- Może... - zachichotała.
- Osz ty! - brunet "rzucił się" na dziewczynę. Złapał ja w pasie i począł łaskotać.
- Hahahaha, przestań! - z każdą chwilą Melody śmiała się co raz bardziej. W końcu popłakała się ze śmiechu.
- Nie ma mowy! Tym razem ci nie odpuszczę! - krzyknął śmiesznym głosem, coś na wzór głosu Czesia z Władcy móch.

W końcu Melody jakimś cudem wylądowała na Starku. Ze śmiechu jednak nie mogła wstać. Położyła głowę na jego torsie i próbowała już zaprzestać się śmiać. Kiedy się nieco uspokoiła, podniosła się i spojrzała w niebieskie tęczówki Tony'ego. Palcami prawej ręki przejechała kilkakrotnie po jego czarnych włosach. Dziedzic Stark International natomiast delikatnie gładził jej plecy, a swój wzrok skupił na bladej twarzyczce.

- Może włączę jakiś film?
- Zależy jaki.
- Komedia, horror, romans... do woli.
- Hm... A może nic nie będziemy oglądać?
- Masz coś innego na myśli?
- Zamówimy pizzę i po prostu spędzimy ze sobą trochę czasu. Bez filmów i takich tam...
- To może przy muzyce?

Tony natychmiast podniósł się, przez co dziewczyna zsunęła się z jego torsu i opadła tuż obok na kanapie. Podszedł do stojącej pod oknem wierzy stereo i włączył pierwszą lepszą piosenkę. Akurat padło na zespół lfo i Every Other Time.

- Zatańczysz? - spytał wyciągnąwszy rękę.
- Zwariowałeś!? Jestem nieubrana!
- Nie szkodzi.

Tony podszedł bliżej i chwyciwszy dziewczynę za dłoń przyciągnął ja do siebie. Melody z trudem przytrzymała ręcznik, by jej nie spadł.

Młody Stark objął ją w pasie, a wcześniej założył jej ręce na swojej szyi.

- Zgłupiałeś już do reszty?
- Może...
- Tak czy nie?
- Może...

Powoli z nogi na nogę poczęli się kołysać. Nie robili tego w rytm muzyki, w żadnym wypadku! Mieli swoje określone tempo, które w międzyczasie narzucali. Piosenka była tylko tłem, dla wyluzowania. Była zupełnie niepotrzebna. W końcu dziewczyna odczuła, jak wiele znaczy dla Starka. Jak potrafi się dla niej zbłaźnić, zirytować ją, a potem... złożyć kilka swoich pocałunków na jej ustach. A jakże jakich pocałunków...

- Ostatni raz tańczyliśmy tak na balu...
- Yhym.
- Wtedy nie byliśmy razem, dopiero co zaczynaliśmy.
- No wła... - Tony zesztywniał i puścił dziewczynę.
- Coś nie tak?
- Zapomniałem!
- Ale czego?
- Wtedy, na balu, a nawet po nim nie zapytałem ciebie o najważniejszą rzecz!

Melody zdziwiła się nieco. A więc jest coś, o co Stark musi ją spytać!

- Nie zapytałem, czy zechciałabyś... - złapał ją za dłonie. - Zostać moją dziewczyną?

Melody z początku lekko odchyliła usta i nie mogła nic powiedzieć, dopiero po chwili wykrztusiła z siebie:

- Ale my jesteśmy razem! Zachowujemy się tak, całujemy się. Jak para! To chyba oczywiste!
- Wiem, ale ja wolałem tak bardziej oficjalnie. - uśmiechnął się.
- I za to cię tak kocham. - cmoknęła go w policzek.

Piosenka skończyła się.

- Może teraz jakąś inną?
- Hm... Może Katy Perry?
- Naprawdę?
- A czemu nie? To moja ulubiona wokalistka.
- Serio?
- No co!?
- Nic.
- Błagam, nie drocz się ze mną.
- To jaki tytuł?
- Niech będzie Unconditionally.
- No już pewnie.
- Jakiś problem?
- Nie. Już włączam.

Tony przygotował się do kolejnego tańca z dziewczyną, ale ona nie była jakoś chętna.

- Coś nie tak? - spytał podchodząc do szatynki, która nerwowo spoglądała przez okno.
- Nie... - odparła niepewnie.
- Na pewno? Przecież widzę.
- Nie. - teraz odpowiedziała zdecydowanie.
- W takim razie tańczymy dalej?
- Wiesz co, może lepiej... - chwyciła za telefon. - Zadzwoń po Rhodey'ego i Pepper. Ja już muszę iść. Oni dotrzymają ci towarzystwa.
- Może najpierw cię odprowadzę.
- Nie! - wrzasnęła.
- Co się dzieje?
- Nic. Po prostu jestem zmęczona. Pójdę się ubrać. Gdzie zostawić ręcznik?
- W łazience na wieszaku.
- Dzięki.

~*~

Tymczasem Duch znajdował się na dachu przeciwnego budynku. Stamtąd obserwował jak zwykle Melody. Po chwili ujrzał, jak opuszcza willę Starków dość szybkim krokiem. Zdziwił się na taką reakcję. Postanowił jednak nie myśleć o szczegółach i pognał za dziewczyną. Pozostał niezauważony.

~*~

Tony nie zadzwonił do przyjaciół. Próbował poukładać sobie w myślach całą sytuację, która miała miejsce chwilę temu. - Dlaczego Melody się tak zachowywała? Coś musiało się stać! Z willi, mało co brakowało, a by wybiegła.

Poszedłem do kuchni, by tam przy posiłku móc spokojnie pomyśleć. Wchodząc do pomieszczenia natknąłem się na kalendarz. Przyjrzałem się dokładnie zaznaczonej dacie. "4 lipca 2014". - pomyślałem. Moje urodziny... To już za 3 dni. Jak to szybko zleciało. Będę mieć 17 lat, a za rok przejmę firmę. Stanę się pełnoletni i wreszcie będę robić to, na co mi nie pozwalano. Ale najpierw...

~*~

- Masz coś dla mnie Duchu? - spytał zachrypniętym głosem Obadiah. Stał tyłem do zjawy.
- Właśnie wkraczamy w kolejną fazę naszego planu. Za maksymalnie 3 dni powinno być po wszystkim.
- Świetnie, dobra robota.
- A teraz kasa.

Stane odwrócił się i podszedł bliżej do osobnika.

- Przeleje ją na twoje konto, zgodnie z umową. - odrzekł i zasiadł za biurkiem.

Duch tylko uśmiechnął się pod nosem i zniknął. Wreszcie otrzymał część swojego majątku.




Przypominam o głosowaniu na rozdziały tutaj: http://iron-man-aa.blogspot.com/2014/09/blog-post.html



poniedziałek, 22 września 2014

!

Rozdział wstawię jutro, póki co mam dla Was małe zadanie. Co chcielibyście ujrzeć w kolejnych rozdziałach? Ponumerujcie kolejno, co ma się pojawić. Proponuję numer 1 wstawić gdzieś w środku lub na końcu, by móc Was do tego lepiej przygotować.

1. od razu przejść do wielkiego BUM (czytaj: akcji), gdzie będzie Iron Man (zastanów się, czy aby nie za szybko???)
2.dodać rozdział pt. "Koncert", który jest przerywnikiem i jeszcze podtrzymujący Was w niecierpliwości na przeczytanie czegoś wielkiego
3. kontynuować podróż Howarda do Chin
4. dodać więcej wątków miłosnych naszej pary
5. wstawić rozdział z walką Iron Mana
6. powoli wprowadzać Was w wątek pewnej niespodziewanej podróży...
7. Dalsze nękanie Melody przez Ducha

Do roboty Czytelnicy! :)

piątek, 19 września 2014

Rozdział 18

Jeden z krótszych rozdziałów, ponieważ opowiada tutaj Howard. Mam nadzieję, że mimo wszystko wam się spodoba, bo jest on wprowadzeniem do pewnej historii...



"Odkryć tajemnicę cz II: Wyjazd"




Pekin, Chiny...


 *Z punktu widzenia Howarda*


Zaraz po przyjeździe wysłałem Tony'emu wiadomość, że doleciałem i jestem cały. Następnie taksówką udałem się do hotelu, który położony był w centralnej części miasta. 

Muszę przyznać, że jadąc z tyłu, na miejscu pasażera byłem zdumiony widokiem, który dokładnie śledziłem przez szybę. Setki tysięcy ludzi, których minąłem po drodze niemal zderzali się na chodnikach, nie mając jak przejść. Widokiem zatłoczonych ulic nieco się zraziłem, chociaż wiedziałem, że nie przyjechałem tutaj na wakacje.

W końcu dojechałem na miejsce. Kiedy tylko stanąłem na chodniku z podróżną walizką u nóg i naramienną torbą mój wzrok spotkał się z wysokim na kilkadziesiąt pięter budynkiem. Był cały oszklony. Mniej więcej w połowie dostrzegłem ogromny napis "Hotel Aisa".

Tak... znałem tę siedzibę. W internecie mieli o niej masę informacji. Ponoć był to najpopularniejszy hotel w całych Chinach! Nic dziwnego, że wybudowali go akurat w Pekinie. Nieco podekscytowany wysunąłem rączkę z walizki i ciągnąc ją za sobą wszedłem do środka.

Zaraz po wejściu miło powitała mnie ochrona (chyba po raz pierwszy!). Podprowadzili mnie do recepcji, gdzie zameldowałem się na 24 piętrze. Chciałem mieć lepsze widoki z góry, ale wszystkie pokoje i apartamenty były już zajęte.

 Z odczuciem pełnej swobody wsiadłem do windy i pojechałem nią na owe piętro.

Kiedy wszedłem do pokoju, od razu w oczy rzucił mi się widok wielkich okien, przysłoniętych zielonymi, długimi firanami, które swoim kolorem odwzorowały odcień farby na ścianach.
Ogółem pomieszczenie nie należało do dużych, ale skoro byłem sam... Po co mi większe?

Zostawiłem walizkę i torbę zaraz przy wejściu. Ściągnąłem buty i położyłem je na specjalnej półce przeznaczonej na obuwie. Wszedłem głębiej do pomieszczenia. Na wprost głównego wejścia dostrzegłem oszklone drzwiczki balkonowe. Po prawej stronie, mniej więcej w połowie pokoju znajdowały się białe drzwi, prowadzące do niewielkiej łazienki. Również po prawej stronie lecz nieco dalej ustawiony był stolik z dwoma drewnianymi krzesłami i zielonym obrusem Na przeciwko stało pojedyncze łóżko, między dwiema nocnymi szafkami w kolorze ciemnego dębu.
Nieco zmęczony nie mogłem się powstrzymać i dosłownie opadłem na łóżko. Było ono... wodne!?
Nie powiem, że najwygodniejsze, mimo tak wielu pozytywnych komentarzy na jego temat. Mimo to przymknąłem oko na wygodę i "utopiłem" się w turkusowej pościeli. Oddychając czułem zapach świeżości, co dobrze świadczyło o pokojówkach tego hotelu.

W międzyczasie zadzwoniłem do Roberty, którą zapomniałem poinformować o tym, by miała oko na mojego syna. Mimo wszystko bałem się o niego. Mógł sobie zrobić krzywdę, nie mogłem pozostawić go bez opieki. Na szczęście moja "ukochana" (tu: w znaczeniu przyjaciółka) chętnie zgodziła się nim zająć. Pozwoliła również, aby tymczasowo u nich zamieszkał. Ufff... odetchnąłem z ulgą, tym bardziej, iż Roberta miała teraz bardzo dużo spraw na głowie.

~*~

Późnym wieczorem wyszedłem na balkon, trzymając w prawej ręce kubek z gorącą herbatą. Popijałem ją powoli, biorąc małe łyki, co jakiś czas dmuchając dla ochłodzenia cieczy. Widok jaki zastałem przeszedł moje oczekiwania. Niestety negatywnie. Jedyne co mogłem dostrzec, to mały ryneczek, a w zasadzie bazar z pamiątkami. -"A lecąc tutaj wyobrażałem sobie niezwykłe widoki. Głupi ja" - pomyślałem i przysiadłem na małej ławeczce, stojącej w kącie. Wpatrywałem się przed siebie, tym razem zastanawiając się nad tym, jak będzie wyglądał kolejny dzień.Po chwili dumania, uświadomiłem sobie, że nie zabrałem ze sobą swojego dziennika badawczego. Byłem tym faktem nieco poddenerwowany, ponieważ gdziekolwiek bym nie pojechał, nigdy się z nim nie rozstawałem. Miałem tam wszystko, co potrzeba, czyli w skrócie opisy moich wycieczek i moje odkrycia. Szczególnie te, o pierścieniach Makluan...

No właśnie, czym one są?

~*~

Następnego dnia wybrałem się do miejskiej biblioteki. Trochę to dziwnie brzmi, bo Pekin jest ogromny... W każdym razie ta składnia wiedzy kryła wiele, wiele tajemnic.
Zasiadłem wygodnie przy biurku i otworzyłem pierwszą księgę. Po jej szybkim przeczytaniu stwierdziłem, iż nic nowego, co już wiem więcej się nie dowiem. I miałem rację. Odłożyłem ją, po czym zabrałem się za następną. A w tej kolejnej...

Zaciekawiło mnie jedno zdanie: A ich pierwotnym właścicielem był Mandaryn. No proszę... Po raz kolejny widzę to słowo. Doczytując dalszy ciąg treści dowiedziałem się, że pierścienie początkowo znajdowały się w Chinach! A więc mój wyjazd nie był na marne!

Jeszcze tego samego dnia, jednak już późnym popołudniem zabrałem się za rysowanie mapy. Przygotowywałem się na jutrzejsza wielką wyprawę, w której miałem być zdany tylko na siebie. Zmuszony byłem odwiedzić pierwszą Świątynię Makluan...

Nie powiem. Miałem mały stres, napięcie trzymało mnie cały czas, przez co czasami zachowywałem się niespokojnie. Po narysowaniu mapy, wziąłem szybki prysznic i zjechałem winda na dół do jadalni. Tam wszyscy goście hotelowi zajadali się najlepszymi posiłkami w Chinach.

Ja zamówiłem sławne sushi, z myślą, iż będzie naprawdę dobre, ale niestety po raz kolejny się przeliczyłem. Dało się zjeść, ale nie z takim smakiem, jak się zapowiadało. 

Po powrocie do pokoju dosłownie walnąłem się na łóżko i szybko zasnąłem. Nie miałem ochoty przebierać się w piżamę. Postąpiłem dosłownie identycznie, jak mój Tony. No właśnie, a cóż to mój syn teraz wyrabia?

~*~

 *Tony*

- Wreszcie znalazłem! - wykrzyczałem na cała willę, unosząc w lewej ręce znaleziony klucz. Byłem z siebie dumny, jak nigdy. Spojrzałem na zegarek i doznałem szoku. Siedziałem w pokoju mojego taty, wertując jego rzeczy przez niemal 7 godzin! Nawet nie odczułem, jak szybko ten czas zleciał. Nieco głodny zszedłem do kuchni. 

Zrobiłem sobie kanapkę z szynką, musztardą, majonezem i ketchupem.Uwielbiałem taką mieszankę. Zabrałem załadowany talerz ze sobą, ówcześnie nalewając do szklanki gazowaną wodę o smaku pomarańczowym i cały posiłek zabrałem ze sobą z powrotem do sypialni ojca. 

Położyłem naczynie z kanapką na podłodze, przy łóżku. Kubek odstawiłem na nocną szafkę. Nagle dopadły mnie dziwne dreszcze, zupełnie takie same, kiedy rosło napięcie i odczuwałem strach. Zbliżyłem się powoli do szafki i włożywszy klucz w dziurkę, przekręciłem go kilkakrotnie w prawo.

Drzwiczki same się otworzyły. Wyciągnąłem ze środka małą, czarną szkatułkę. Otworzyłem ją i...



Ten rozdział miał być trochę nudny i niewiele wnosić. Jest to taki dość luźny rozdział, w następnym dzieje się więcej, a w jeszcze następnym jeszcze więcej. Kolejny rozdział jutro LUB w niedzielę.

PS: Zgodnie z niedawna umową, wstawię również zdjęcia z meczu. :)


środa, 17 września 2014

Kilka informacji...

Ostatecznie powracam z blogiem. Myślałam, że zawieszenie potrwa dłużej, ale jakoś udało mi się uporządkować sprawy, a przede wszystkim odzyskać internet. Miałam remont, potem niedaleko mojego domu uderzył piorun i poszło po kablach, aż się spaliło :D

Od razu mam dla Was informację, która na pewno Wam się przyda. Następny rozdział (18) pojawi się w weekend, najpóźniej w sobotę, bo w niedzielę jadę na mecz :P Fakt, na 19.00, ale co tam :)

Przy okazji, pracuję nad moim (jak dla mnie) najulubieńszym rozdziałem, który wprowadzi trochę zamieszania i... niespodziewanej akcji? To jest jednak rozdział odległy (coś w okolicach rozdziału: 27-28, może dalej).

Od dzisiaj również nadrabiam blogi, które dotychczas odwiedzałam codziennie lub bardzo często, a od tygodnia (może troche wiecej) tam nie byłam.

W szczególności przepraszam Annę Katari. Kochana, powoli nadrobię Twoje nn i dodam do każdej komentarz, trochę cierpliwości.


Co do postów, które dodał Łukasz....

Jestem zawiedziona i wściekła. Nawalił totalnie, przez co nie tylko na tym blogu (!) pojawiły się komentarze, iż ktoś juz tego blog anie będzie czytał itd.
Nie po to pisałam rozdziały, by przez jakiegoś idiotę z dnia na dzień stracić wiernych czytelników, komentujących szczerze (u niektórych z przymrużeniem oka) ;)

Łukasza już tu nie będzie, bynajmniej dopóki przestanę się na niego o jego zachowanie wkurzać.

Proszę również o kulturalne komentarze, inaczej będę zmuszona je moderować przed publikacją, a tego nie chcę. Nie cierpię tego. Tu głównie zwracam się do Panfuńka2 i jego "wypier****" pod usuniętą notką, ale tyczy się to też innych czytelników. Kultura musi być! :)

No i ten no.... BĘDZIE NOTKA +18!!!!

Oj tak, już ją piszę... ;) Ale pojawi się w tym poście, o którym wspominałam na początku. A więc trochę poczekacie...


Buziakkiii i dobranoc :*

wtorek, 9 września 2014

Rozdział 17

"Odkryć prawdę cz. I: Dziennik."



Oboje usiedliśmy na łóżku. Tony przyglądał mi się ze współczuciem, a jego ręka delikatnie jeździła po moich plecach. Czułam, że jest teraz ze mną i mnie wspiera. Nie potrafiłam jednak się otrząsnąć, bałam się najgorszego.

- A wiadomo coś więcej? - spytał cicho.
- Nie, jutro wybieram się do szpitala. Moja mama już tam jest, została na obserwacji. Tylko tyle zdołałam się dowiedzieć. - odparłam drżącym głosem.
- Może pojedziemy razem?
- Naprawdę ci się chce?
- Melody... nie mogę zostawić cię w takim momencie.
- Dam sobie radę.
- Właśnie widzę. Wiesz, przymknąłem na to oko na zakończeniu roku, ale wyglądasz...
- Nie musisz kończyć, wiem co chcesz powiedzieć. Jestem blada. Zawsze taka byłam.
- A właśnie, że nie. - odgarnął jej kosmyk włosów, odkrywając szyję. Następnie delikatnie cmoknął ją w owe miejsce. 

Po ciele dziewczyny przeszedł przyjemny dreszczyk. Tony ponownie powtórzył ruch. Szatynka odwróciła się w jego stronę i zawiesiła ręce na jego szyi.

- Zgoda. - musnęła go delikatnie ustami po jego wargach.

Chłopak rozkoszował się tą sytuacją i wymusił na niej dłuższy pocałunek. Kiedy przestał ją całować, spojrzał w jej zielone oczy.

- Chyba ci lepiej.
- Troszkę. - uśmiechnęła się delikatnie.
- W takim razie, może coś zjemy? Dochodzi, emm... dwudziesta?
- Zgoda.
- Chodź ze mną. - chwycił dziewczynę za rękę i zaciągnął do kuchni.

~*~

W tym samym czasie Duch obserwował parę przez okno. Dzięki swojej niewidzialności był niezauważony. Teraz już miał pewność, że tę dwójkę coś łączy, a szatynka będzie idealną przynętą. Dowiedziawszy się takowych informacji natychmiast poleciał na swojej desce do Stark International.

Obadiah przeglądając raporty powrócił myślą do plików w komputerze Howarda, na które się natknął. Przypomniał sobie, iż chodziło o Marię Stark. Pokręcił głową, postarawszy się przypomnieć więcej szczegółów. Na marne. Niespodziewanie jego telefon zadzwonił i wyświetlił się sam numer. Odebrał.

- Halo?
- Czekam na dachu, Stane. Masz 5 minut na dotarcie.

Mężczyzna rozpoznał głos. Tak, to był Duch. Pędem pobiegł skrótami na najwyższe piętro budynku, skąd przedostał się na lądowisko dla helikopterów.

- Gdzie jesteś? - poprawił krawat i zrobił kilka kroków w przód.
- Tutaj. - zjawa ukazała się.
- Tak na przyszłość, to ja jestem twoim szefem i TO JA mam prawo cię poganiać. 
- Dobre sobie. Zapłata za wykonaną robotę, to twój obowiązek. A właściwie, to mam coś ciekawego...

Obadiah podszedł bliżej i odebrał z rąk postaci jakieś fotografie. Widniały na nim wspólne zdjęcia Melody i Tony'ego.

- Fotografujesz tych smarkaczy!? - oburzył się. - Na cholerę mi to!
- Mam przynajmniej dowody, że ta mała się nada. Jak widzisz, jest blisko z tym Starkiem.
- Może i tak, ale nie płacę ci dziesięciu baniek, za głupawe zdjęcia.
- Spokojnie. Przyjdzie też czas na kolejną fazę mojego planu, a z tej części będziesz już bardzo zadowolony.
- A więc zgoda. Tylko działaj szybciej. Wiesz, że jestem niecierpliwy.
- Czekam tylko na odpowiedni moment. Póki co nie będę się ujawniał, a tylko obserwował. Chociaż...
- Rób, jak chcesz. Byle żeby robota była wykonana. - tymi słowami pożegnał się ze zjawą.

~*~

Tony i Melody przebywali w kuchni. Dziewczyna siedziała na jednym z blatów, swobodnie wymachując nogami. Chłopak natomiast smażył makaron. Nie wiedział czemu, ale miał ochotę na takie danie. Podsmażany, długi, jak do spaghetti makaron. W międzyczasie spoglądał na stojący tuż obok patelni garnek, w którym gotowały się dwa jajka.

- Nie wiedziałam, że tak gotujesz. - zagadała.
- Dla twojej wiadomości - nie jem ciągle tylko fastfoodowych  potraw. Jeszcze mnie nie zdążyłaś poznać, ale potrafię wyrządzić cuda w kuchni.
- Czyżby? To kiedyś musisz się wykazać. - zachichotała.
- Mówisz, masz! Niedługo będę miał taką okazję.
- Masz coś na myśli?
- Ehem... ale to taka niespodzianka, na którą będziesz musiała poczekać.
- W takim razie będę cierpliwa. - uśmiechnęłam się szeroko, co przywołało do mnie bruneta. Objął mnie i spojrzał w oczy.
- Jesteś śliczna, wiesz? - odgarnął mi włosy i pocałował delikatnie w nosek.

~*~

Willa Starków, godzina 21.00...

Howard siedział za biurkiem, na którym leżał stos papierów z firmy. Wyglądał na bardzo zdenerwowanego. Nie chodziło tu jednak o dodatkową papierkową robotę, którą zmuszony był zabrać do domu. Był wręcz wściekły na Tony'ego. Jutro mieli samolot do Chin. Oboje. Chłopak nie dość, że nie wrócił jeszcze do willi, to nie był spakowany. Próbował jakoś ochłonąć, ale nie za bardzo miał się czym zająć. Był przemęczony i przyniesione papiery odłożył na wolną chwilę.


Godzina 23.00

W willi rozległo się delikatne skrzypienie drzwi wejściowych. Jak można było się domyślać, powrócił drugi domownik. Howard leżał w sypialni i poprzez uchylone drzwi nasłuchiwał skradającego się syna. Gdyby niedodatkowe skrzypienie schodów, Howard nie połapałby się, że nastolatek już wrócił.

Kiedy chłopak mijał sypialnię ojca, usłyszał jego wołanie. Przełknął ślinę i wrócił się parę kroków. Stanął, uchylając drzwi bardziej. Jego oczom ukazał się widok starszego mężczyzny, ubranego w brązową kraciastą piżamę, przykrytego kołdrą do pasa, opartego o miękką poduszkę z pierza.

- A o której to się wraca? - podniósł głos.
- Byłem u Melody, zjadłem z nią kolację, dlatego tak się przedłużyło.
- Co nie zmienia faktu, że mogłeś oddzwonić.
- Nie miałem czasu.
- Tony, kpisz sobie ze mnie? Jutro czeka nas wyjazd, ty nie jesteś spakowany, a jest już bardzo późno. Co ty do cholery tak długo robiłeś!?

Chłopak nie wytrzymał. Był wściekły na ojca.

- Matka Melody jest ciężko chora, nie mogłem jej tak po prostu z tym wszystkim zostawić!

Howard pokręcił głową i zmarszczył czoło.

- Już dobrze... - wstał z łóżka i podszedł do syna. Chciał go przytulić, ale ten go odepchnął i udał się do pokoju, trzaskając drzwiami.

~*~

Tony przez moment znowu odczuł tę nienawiść do ojca, jaką darzy go od momentu poznania prawdy. Mimo to, w ostatnim czasie nieco się uspokoił i właściwie się już tylko na niego gniewał. 

Nagle dopadło go zmęczenie i nawet nie wiedząc kiedy, zamknął oczy i usnął.

Rano, godzina 7.00.

Mężczyzna wszedł do pokoju bruneta i obudził go, odgarniając mu włosy z czoła.
- Mhm? - mruknął tylko Tony, który nie do końca był świadomy, co się dzieje.
- Ja już muszę iść. Samolot czeka.

Po tych słowach, natychmiast otworzył szeroko oczy i oparł się na łokciach.

- Jak to!?
- Przemyślałem wszystko przed snem i tak... musisz wspierać Melody. Twoja obecność tak naprawdę nie była konieczna, chciałem spędzić z tobą tylko czas, polepszyć relacje. Szczególnie po tym, co się stało... - odparł z żalem.
- A więc do zobaczenia. - odparł sucho i położył się z powrotem, odwracając się plecami do ojca.
- Nie pożegnasz się bardziej oficjalnie? Mogę wrócić dopiero za miesiąc, to zależy od badań.

Tony zamyślił się na chwilę.

- Daj znać, jak dolecisz, żebym... żebym się... nie martwił. - te słowa z trudem przeszły mu przez gardło, ale odczuł ulgę, kiedy je wypowiedział.

Mężczyzna pochylił się nad synem, raz jeszcze odgarnął mu włosy i pocałował w czoło. Następnie wyszedł z pokoju. Zrobił to z uśmiechem na twarzy. Poczuł się lepiej, bo Tony w pewnym sensie się o niego martwił.

Kiedy Howard opuścił pomieszczenie, Tony ponownie zamyślił się. Tym razem wertował w głowie ostatnie słowa swojego ojca:

,,Mogę wrócić dopiero za miesiąc, to zależy od badań" - jakich badań? O co tu chodzi?

Chłopak zerwał się z łóżka i pomknął za ojcem, ale kiedy tylko wybiegł na próg domu, zobaczył, jak odjeżdża taksówką. Nie zdążył. Będąc w samym bokserkach przysiadł na marmurowych schodach i spoglądał przed siebie. Widział przechodniów, którzy śmieli się na jego widok. Młode dziewczyny przechodzące drugą stroną ulicy nie mogły oderwać wzroku. Samotny, przystojny szesnastolatek niemal nagi przed domem? Która by takim widokiem pogardziła?

W końcu Stark został wygoniony z powrotem do budynku, przez poranny chłód, który zaczął odczuwać na całym ciele. Zaraz po wejściu zwrócił się ku łazience.

~*~


Pepper przesiadywała na swoim przydomowym tarasie, kiedy pod jej dom podjechało czerwone Ferrari. Znała ten samochód. Wiedziała do kogo należał. Mimo to była zdziwiona wizytą Starka w jej domu.

- Nie przeszkadzam? - krzyknął z oddali.
- Nie, chodź!
- Hej. - uśmiechnął się i przysiadł obok rudowłosej na ławce.
- Cześć. Co tu właściwie robisz?
- Nudzi mi się.
- Czyżby?
- No bo wiesz... nie pracuję już tyle, co kiedyś.
- A jak tam Melody? - spytała niechętnie.
- Chyba lepiej. Byłem wczoraj u niej, zostałem do późna.
- Pocieszałeś ją?
- No coś w tym stylu. Bardziej chyba z nią flirtowałem. - zaśmiał się.

Rudowłosa poczuła, jak się w niej gotuje. Mimo to robiła wszystko, by nic po niej nie było widać.

- Aha... - odpowiedziała od niechcenia.
- Przepraszam, że tak na ciebie wtedy naskoczyłem, ale byłem w szoku.
- Jasne, wybaczam.
- Naprawdę się nie gniewasz?
- Yhym, ja ci wszystko wybaczę.

W tym momencie Pepper straciła głowę. Znowu w Starku widziała tego chłopaka, za którym tak szaleje, w którym jest tak bardzo zakochana. Nawet nie wiedziała, co robi. Przysunęła się bliżej do bruneta i delikatnie pocałowała go w kącik jego ust.

- Em... Pepper? Co ty wyprawiasz? - Tony odsunął się od przyjaciółki.
- Prze...praszam. Ja tylko... ćwiczę scenę.
- Że co proszę?
- Ahhh, tak rzadko bywałeś w szkole, że nawet nie wiesz co mamy odegrać za niecałe dwa miesiące. Nasza klasa dostała za zadanie odegrania jakiejś sztuki, napisanej przez nas samych. Będziemy ją przedstawiać we wrześniu, w dniu rozpoczęcia roku, w ramach powitania klas pierwszych Akademii Jutra.- "Uff, przynajmniej miałam sensowną wymówkę!"
- Serio? Kłamiesz.
- Nie. Jak mi nie wierzysz, zadzwoń do Rhodey'ego.
- Doba, dobra... wejdziemy do środka?
- Jasne.

Pepper zaprosiła bruneta do swojego pokoju. Była nieco poddenerwowana zaistniałą chwilę temu sytuacją. Mogła się opamiętać.

Brunet zaraz po wejściu rzucił okiem na drewniane biurko w kolorze olchy, na którym leżał stos książek - wszystkich części Harry'ego Pottera.

- Czytasz? - spytał zdumiony.
- Czasami.
- Wiesz ile to ma stron? - przewertował szybko książkę.
- Ważne, że jest ciekawa.
- Zaskoczyłaś mnie.
- E tam...

Chłopak widząc rumieńce na twarzy dziewczyny, zmienił temat. Zastanawiał się jednak, co powiedział takiego wstydliwego?

~*~


Tymczasem Melody postanowiła wziąć prysznic. Znowu odczuła, że musi się rozluźnić, a gorąca woda działała na nią, jak lekarstwo.

Zaraz po wejściu do łazienki starannie ułożyła swoje stare ciuchy na podłodze, następnie weszła do brodzika, zamknęła drzwiczki i odkręciła wodę. Z początku nieco się nią poparzyła.

Po chwili poczuła, jak ciepłe krople wody moczą jej ciało i końcówki włosów. Czuła się nico odprężona. Po kąpieli owinęła się ręcznikiem i pognała pędem do pokoju, w poszukiwaniu czystych ubrań.

Wertując szafę i szufladę postawiła w końcu na dość luźny look: czarne legginsy, miętową tunikę z krótkim rękawem, i do tego białe skarpetki. Po ubraniu się zasiadła przy toaletce i poczęła delikatnie rozczesywać swoje długie, brązowe włosy, które pod wpływem wilgoci nieco się pofalowały.

Kiedy była już gotowa, nerwowo spojrzała za siebie. Od pewnego momentu miała wrażenie, że ktoś ją obserwuje. W obecności Starka czuła się bezpieczniej i nie myślała o tym.

Niepewnym krokiem poszła do kuchni po szklankę wody. Usiadła przy stole, w ręce trzymając kubek, który po chwili wylądował na podłodze i rozbił się na dość duże kawałki. Melody zakryła dłońmi usta i odwróciła się. Tak jak wyczuła przed kilkoma sekundami, za nią ktoś stał. Tajemnicza osoba przycisnęła dziewczynę do ściany i przystawiła broń do jej skroni. Dziewczyna trzęsła się, nie wiedziała, co ma zrobić. Ten osobnik, wprawdzie nie był umięśniony aż tak bardzo, ale i tak poczuła jego siłę, kiedy nacisnął na nią całym ciałem.

- Jeżeli ci życie miłe, to lepiej się nie wychylaj i rób to, co ci karzę. - szepnął do jej ucha.
- Czego chcesz? - spytała łamiącym się z każdą literą głosem.
- Jesteś odpowiednią kandydatką na dziesięć kawałków Melody.
- S- skąd znasz moje imię!?
- Nie ważne. Obserwuję cię... - i zniknął.

Dziewczyna osunęła się na podłogę. Z przerażenia do jej oczu napłynęły łzy. Teraz już miała tę pewność. Była zastraszana, a groźby były kierowane od tego, który ją zaatakował. Chciała teraz, w tym momencie zadzwonić do Tony'ego. Jednak przez myśl jej przemknęło: - A co jeśli zrobi coś Tony'emu?

Melody nie mogła na to pozwolić. Mimo tego, iż tak strasznie się bała postanowiła wziąć się w garść i nie dać się zastraszać. Tym bardziej, że był to jakiś przebieraniec, broń zapewne miał fałszywą, ale jakim cudem zniknął?

~*~

Tony właśnie zbierał się do wyjścia. Pepper odprowadziła go do czerwonego Ferrari i z szerokim uśmiechem na twarzy pożegnała przyjaciela. Chociaż tak bardzo marzyła, by on był kimś więcej...

Nieco rozczarowana pomachała mu, kiedy odjeżdżał. Następnie wróciła do budynku i włączyła telewizor. Na pocieszenie miała ochotę obejrzeć swój ulubiony serial komediowy - Świat Według Kiepskich.

Tymczasem...

Tony wrócił do domu. Zaparkował starannie samochód w garażu, następnie przez wewnętrzne wejście przedostał się do willi. Korzystając z nieobecności ojca, natychmiast pomknął do jego sypialni, w poszukiwaniach... no właśnie czego? Brunet sam nie wiedział, po co to robi, ale coś go do tego zmuszało. Jakby jego ciało nagle stało się nieposłuszne i robiło co chciało.

Wysunął pierwsza szufladę, w której znalazł skarpetki. Zasunął ją i zabrał się za następną. W kolejnej znajdowały się majtki i bokserki. - Oh serio, tylko to tutaj chowa!? - pomyślał.

Wstał i zaczął się drapać po głowie. - Została szafa, biurko i... ten... tajemniczy kufer... - spojrzał na półkę, na której znajdowały się książki. Podszedł do niej i jednym ruchem ręki odchylił kilka grubych ksiąg. Tuż za nimi znalazł nie kufer, jak początkowo uważał, ale małe ciemne pudełko zamykane na zatrzaski. Wziął je i usiadł na łóżku. Delikatnie je otworzył.

W środku znalazł kolejny pierścień Makluan. Z tego co wiedział, jego ojciec dysponował tylko jednym - zielonym, z niemal identycznym odcieniem, jak tęczówki Melody. Dodatkowo znalazł jeszcze inną biżuterię - łańcuszki z dziwnymi motywami.

- To zapewne pamiątki. - powiedział na głos. Odwrócił do góry nogami pudełko, z którego wypadł jakiś dziwny notes. Otworzył go. Natknął się na zapiski sprzed kilku dni.

25.06.2014

"Tak, jak przypuszczałem, moi pracownicy zamieszkujący tereny dzisiejszych Chin natknęli się na ślad pierścieni. Wiedziałem, że w końcu coś znajdą, chociaż musiałem przyznać, długo na to czekałem. Chyba chodziło o jakąś świątynie, w której ten tajemniczy przedmiot się znajdował. Poprawka, nadal znajduje. Ponoć ten kolejny pierścień będzie jeszcze bardziej fascynujący, niż te, które mam w swoim posiadaniu. No nic. Czas odwiedzić Chiny i dowiedzieć się więcej. Rozwikłać tę zagadkę i poznać powód przybycia Mandaryna".

Tony po przeczytaniu owej treści, nadal się jej przyglądał, jakby wertował aż jeszcze każde słowo. Najbardziej zaintrygowały go dwa ostatnie zdania. - Jaki Mandaryn? Jaka zagadka? Przecież pierścienie to tylko bardzo zaawansowana technologia! A może jednak coś więcej?

Nastolatek ciekawski dalszych informacji począł szperać w rzeczach ojca, tym razem w szafce nocnej, którą mężczyzna zamykał na kluczyk. Młody Stark zastanawiał się, dlaczego tak zawsze robił. Najwyraźniej ukrywał tam coś ważnego. Coś, o czym jego ukochany synek nie miałby wiedzieć. No właśnie, ale czy aby na pewno taki ukochany?


_______________________
W następnych rozdziałach:
- powrócimy do sprawy Ducha i Melody
- dowiemy się nieco o podróży do Chin z perspektywy Howarda
- powrócimy do sztuki, którą uczniowie mają odegrać (uwaga, będzie się działo!)
- dowiemy się, czy Tony znalazł kluczyk do szafki i co ewentualnie w niej znalazł, jeżeli się do niej dostał
- zaczynam się rozkręcać i będę opisywać misje Iron Mana
- zabawimy się troszkę losami bohaterów (mniej więcej od rozdziału 19)
- dowiemy się, kim jest Mandaryn (chociaż to chyba jasne) :P
- poznacie Lucy (rozdział 22+)
- naszą czwórkę będzie czekać niezła przygoda, a to wszystko przez Starka
- rozwiniemy wątek Rose (asystentka Howarda z firmy SI) - i tutaj możecie gdybać, co się wydarzy
- pojawi się mały konflikt, wielki w skutkach (!) pomiędzy bohaterami (nie powiem jakimi) :)
- zapewniam, że pojawią się śmieszne sceny w zaskakujących sytuacjach z Tony'm i Melody
- powrócimy do Johnny'ego, który ostroooooo namiesza (tu: w 2 lub więcej znaczeniach)
- będzie coś o Marii Stark (pod koniec II serii, początek serii III) - tak będzie III seria! :D

Po przewertowaniu waszych komentarzy, które domagały się notki tzw. "+18" odpowiadam tak:

Nigdy (!) nie opisywałam żadnych takich scen. Dlaczego? Tak mam 16 lat, ale jakoś trochę ehm... starałam się unikać tych tematów. W szkole, jak w szkole. Były lekcje o tym na biologii i wżr (wychowanie do życia w rodzinie). Ja wiem, co gdzie, jak i dlaczego, ale jak to każdy chyba uczeń, odbierałam to śmiechem. Tak wiec nie czuję się gotowa na pisanie takich notek (mogę spróbować, ale nie dam rady, wiem to :P).

Po 2: Jakoś nie wyobrażam sobie opisywać "tej" sceny z udziałem Melody i Tony'ego, ze względu na charakter dziewczyny. Według mojego punktu widzenia, dziewczyna jest trochę wstydliwa na te tematy (o czym niejednokrotnie się dowiemy) i nie wyobrażam sobie opisywać, jak ona wtedy wygląda, jak ta sytuacja się przedstawia i jak się wtedy zachowuje.  Nie obiecuję, ale postaram się coś nabazgrać, przy czym rozdział taki będzie tylko dodatkiem (no chyba, że naprawdę mi on wyjdzie i dodam go do fabuły, jako kolejny wątek miłosny). Dodałabym jeszcze parę słów, ale zdradziłabym fabułę.

PS: Mam nadzieję, że rozdział się chociaż trochę podobał ;x
I czekam również na wyłapane jakieś błędy, krytykę, szczere ocenianie :)